Krokusy, przebiśniegi i… masa sprzątania
Posiadanie ogrodu, kiedy jeszcze go nie miałam, kojarzyło mi się zawsze z przyjemnością nie do opisania. Oto jest własny skrawek zieleni, z którego korzystasz kiedy tylko masz ochotę. Zielona trawka, leżaczek, hamaczek – ot, taka idylliczna wizja. Poglądy na temat własnego ogrodu zmieniły się znacznie, kiedy stałam się jego posiadaczką. Szybko pojęłam, że ten skrawek zieleni faktycznie jest własny, przez co rozumie się tylko jedno: cokolwiek jest w nim do zrobienia, robisz to własnymi rękoma. Niekoniecznie wtedy, kiedy masz na to ochotę.

Nie ma nic przyjemniejszego, niż po długiej i ponurej zimie dostrzec z okna pierwsze krokusy i przebiśniegi. Takie odkrycie przypomina jednak o nieuniknionym: wiosennych porządkach w ogrodzie. Jak na złość – w weekend, kiedy jest na to czas, leje jak z cebra i bynajmniej nie jest to przyjemny, wiosenny deszczyk. Pozostają zatem popołudnia. Wprawdzie już dłużej w ciągu dnia jest jasno, ale tak czy inaczej porządki w dzień powszedni są równoznaczne z ogromnym pośpiechem. Grunt to dobrze się zorganizować. Po szybkim przeglądzie ogrodowych narzędzi – wiekszość przetrwa jeszcze jeden sezon – zaczynam od grabienia tego, co zima pozostawiła po sobie na ziemi. Zmokłych liści i połamanych patyków jest tyle, że spędzam na tym jedno popołudnie. Drugi z rzędu dzień ogrodowego sprzątania przeznaczam na zebranie śmieci w worki i pozbycie się ich na dobre. Zadanie do najprzyjemniejszych nie należy, na szczęście z odsieczą przybywa mi Paclan ze swoimi gumowymi rękawicami i workami na odpady. Dzień trzeci to doprowadzanie do porządku klombów. Doskonale, że pierwsze kwiaty już wzeszły, szkoda tylko, że chwasty też nie chcą być gorsze. Wzdłuż alejki pojawiają się bratki – pierwsi goście w wybudzonym z zimowego letargu ogrodzie. Teraz będę tu częstym gościem. Szkoda, że rzadziej z leżakiem i hamakiem, a zdecydowanie częściej z motyką i w gumowych rękawicach.
As w rękawie
Po ciężkich zimowych posiłkach z przyjemnością sięgamy po lżejsze specjały. Komu się wydaje, że w grę wchodzą tylko kiełki i warzywa przyrządzane na parze, jest w błędzie. Wiosenna dieta wcale nie oznacza rezygnacji z mięs i ryb. Przeciwnie – aromatyczne pieczenie i szaszłyki są doskonałą propozycją zarówno na obiad, jak i na wczesną kolację. O czym należy pamiętać w trakcie ich przyrządzania? O tym, by potrawy zachowały wszystkie składniki odżywcze i nie wyschły podczas pieczenia. Sposób jest prosty – należy schować je… do rękawa.

Takie właśnie pieczenie umożliwia przyrządzanie dań bez użycia tłuszczu, będzie zatem lekko, zdrowo i wiosennie. Jak to zrobić? Mięso lub rybę umieszczamy wewnątrz wraz w warzywami lub owocami oraz przyprawami, zamykamy rękaw za pomocą żaroodpornego klipsa i całość umieszczamy w piekarniku bądź kuchence mikrofalowej. Aromatyczna i soczysta potrawa gwarantowana! Plus jeszcze jedna ogromna zaleta: koniec z szorowaniem piekarnika po pieczeniu w folii. Z rękawa nic nie ma szans się wylać, zatem tłustym i uporczywym plamom mówimy “żegnajcie”.
Być jak Bree
Kto ogląda, ten wie. W kultowym już serialu Desperate Housewives, czyli po prostu Gotowe na wszystko, jest postać, która może być z powodzeniem uznana za uosobienie pojęcia idealnej pani domu. Bree van de Kamp jest perfekcjonistką w każdym calu: jej dom lśni od piwnicy aż po strych, w ogrodzie nie ma szans wyrosnąć żaden chwast, a pojedyncze spadające liście zdają się omijać ten skrawek zieleni. Kuchnia to prawdziwe królestwo Bree. Tu pani domu przygotowuje potrawy tak wymyślne, że zaproszonym gościom dech zapiera w piersi, ale też nie zapomina o domownikach. Rodzina Bree nigdy nie dostanie na śniadanie zwykłych płatków na mleku, a na obiad podgrzanej w mikrofalówce pizzy. Nie zobaczą też jej samej w schodzonym dresie czy poplamionym T-shircie – prace domowe w kaszmirowym sweterku i szykownej sukience ozdobionej sznurem pereł to dla Bree chleb powszedni. Wzór do naśladowania? Nie dajmy się zwariować.

Ilekroć oglądam ten serial, zastanawiam się, czy to, co robi ta kobieta, jest w ogóle możliwe. Goście na kolacji pięć razy w tygodniu. Wystawny obiad dla rodziny siedem razy w tygodniu. Przy każdym sprzątaniu polerowanie sreber i mycie kryształowych kandelabrów. W dodatku nigdy nie widać, by ktoś jej pomagał. Bree jest tak zabawnie przerysowana, że aż sympatyczna. Nie można nie czuć sympatii do postaci, która jest Panią Domu przez duże “P” i swoim obowiązkom oddaje się całym sercem. Skłamałabym, mówiąc, że chciałabym być taka jak ona, choć też udaje mi się upiec koszyk pachnących ciasteczek i sprawić, że w drewnianych meblach można się przejrzeć. Nie urodziłam się Idealną Panią Domu, ale mam swoje sposoby na to, by wszystko się udawało. Bree, gdyby mieszkała w Polsce, też wiedziałaby co to Paclan.
Wpuść wiosnę do kuchni
Wiosna chwilowo w odwrocie. Gdy już wydawało się, że słoneczne promienie i kwitnące przebiśniegi na dobre zagoszczą za oknem, zima udowodniła, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Świeży śnieg o poranku to ostatnie, czego życzę sobie 10 marca, ale poradzić na to zbyt wiele nie można. W kuchni za to wiosna zagościła już na dobre i wcale nie mam zamiaru wracać do zimowego menu. Co można wyczarować ze szpinaku, jajek, żółtego sera i śmietany? Tartę – pyszne, lekkie ciasto, którego przygotowanie zajmie nie więcej niż godzinę. A najeść się nim może z powodzeniem cała rodzina. A oto i przepis, sprawdziłam, polecam, każdemu smakowało.
Składniki:
300 g mąki
125 g masła
1 żółtko
500 g szpinaku(najlepsze są świeże liście!)
150 ml śmietanki
150 g utartego żółtego sera (najlepszy będzie słodki)
2 jajka (do nadzienia, żółtko było do ciasta)
sok z połówki cytryny
sól i pieprz
Co jeszcze się przyda?
folia do żywności i papier do pieczenia (np. Paclan)
Jak to zrobić?
Z mąki, masła i żółtka zagniatamy ciasto, dodajemy po trochu soli i pieprzu. Formujemy kulkę i wkładamy ciasto do lodówki (na około 30 minut), oczywiście w folii. Myjemy i przelewamy osolonym wrzątkiem liście szpinaku. W miseczce przyrządzamy sos ze śmietany, jajek, sera, soku z cytryny oraz przypraw. Teraz wyjmujemy z lodówki ciasto. Formę (ja akurat wypróbowałam okrągłą) wykładamy papierem do pieczenia i na nim układamy ciasto. Podpiekamy 10 minut, po czym na zarumienionym cieście układamy szpinak, polewamy całość sosem i wkładamy do piekarnika na 20 minut (temperatura 180*). Smacznie, zdrowo i wiosennie.

Teoria względności, czyli kto dziś posprząta?
Co leży u podłoża odwiecznej dyskusji par mieszkających razem zatytułowanej „Czemu tylko ja sprzątam?” ? Mam pewną teorię na ten temat, którą nie omieszkam podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy.
-Jak możesz tu tak spokojnie siedzieć? Nie widzisz, co się dzieje dookoła?
Takie i podobne pytania nadzwyczaj często padają, gdy właśnie relaksuje się z książką czy TV. Zawsze wtedy, gdy leżę na kanapie.
- Ale o co chodzi? Co się właściwie dzieje? – Pytam.
- No, o ten bajzel przecież. Nie przeszkadza Ci to?
- Jaki bajzel? Przecież jest porządek.
Zacytowany fragment rozmowy pięknie obrazuje sedno problemu. Tam gdzie moja ukochana widzi stajnię Augiasza , ja widzę bluzę zawieszoną na krześle i kubek z herbatą, w którym ponad łyk czeka aż będę go potrzebował. A przecież ja też nie chcę mieszkać w brudzie, ale także połowy życia poświęcać na sprzątanie, którego efekty po upływie 24 godzin przestaną być widoczne. Osobiście mam pewne rozróżnienie, które pozwala mi określić kiedy dom wymaga sprzątania. Mianowicie: stan czystości mieszkania dzielę na:
a.Bałagan
b.Syf
Wrogiem bałaganu nie jestem, wrogiem syfu – jak najbardziej. Cały szkopuł w tym, że u mnie granica, w której bałagan zmienia się w syf leży o mniej więcej dzień czasu dalej niż u mojej małżonki. Tym samym rzadko dochodzi do momentu, w którym odczułbym potrzebę porządków, ponieważ Pani Domu do tego nie dopuszcza. Możliwe rozwiązania? Przeczekać. Zacisnąć zęby i dać szansę kurzowi. Niech naprawdę się go trochę uzbiera. Niech sprzątanie nie będzie tylko mało atrakcyjnym obowiązkiem. Mi pomaga fajna piosenka i gadżety dostępne na sklepowych półkach – bambusowa ściereczka, srebrna ściereczka, do wyboru, do koloru!

Na błysk!
Kap, kap, kap…. Znacie to? Lada dzień zacznie stukać o szyby wiosenny deszczyk. Skłamałabym mówiąc, że go nie lubię – to taki coroczny zwiastun ocieplenia i mającej nadejść wkrótce zieleni. Okna trudno jednak nazwać wiosennymi, dopóki trzyma się na nich choć ślad tego, co zimowe – brudu, chlapy i zacieków. Wniosek nasuwa się sam: wiosenne mycie okien zbliża się nieuchronnie.

Moje doświadczenia ( a określam się jako średnią krajową, czyli gospodynię domową, która ma chęci, ale cierpi na chroniczny brak czasu i koniecznej wprawy) pokazują, że nie warto zabierać się za mycie okien, gdy ma się mniej niż dwie godziny czasu. Pośpiech naszym wrogiem! Krok pierwszy: ocena sytuacji. Jedynie typowe zabrudzenia, czy gdzieniegdzie wyraźniejsze smugi? Do całości wystarczy jedna ściereczka, czy będzie trzeba je zmieniać? Krok drugi, nawet istotniejszy niż pierwszy: przygotowanie terenu. Mycie okiem to nieunikniony przeciąg, zatem jeśli w pobliżu biega dziecko – załóż mu czapkę, a jeśli na prapecie stoi wyjątkowo wrażliwa na podmuchy wiatru kosztowna rodzinna pamiątka – lepiej ją stamtąd zdejmij. Krok trzeci: szykujemy ekwipunek. Miska pełna ciepłej wody, miękka szmatka z mikrofibry, kilka kawałków ręcznika papierowego, jakieś cudo (najczęściej) w spray’u, które rozprawi się ze smugami, miękka, ale mocna gąbeczka (jak sama nazwa wskazuje – Soft Power) do okiennych ram… Uffff. I jeszcze rękawice! Gumowe, lateksowe, wszystko jedno. Byle nie fundować dłoniom wątpliwej przyjemności obcowania z detergentami.

No to do dzieła! Ile domów, tyle szkół mycia okien. Ja wypracowałam sobie swoją własną i, biorąc pod uwagę, że nie muszę przymusowo ratować się zasuwaniem rolet, gdy przychodzą goście – chyba całkiem dobrą. Najpierw czysta woda – miękką, obszerną ścierką zmywamy pierwszy brud. Psik, psik – aerozol/pianka/płyn (niepotrzebne skreślić) w akcji. A teraz – na błysk! Tkanina to zdecydowanie więcej niż połowa sukcesu, dlatego bez wysokogatunkowej mikrofibry całą operację można spisać na straty. Kilka ruchów i mamy pięknie wypolerowane. W zakamarkach między szybą a ramą można użyć tej samej ściereczki lub papierowego ręcznika. A do ram? Woda plus gąbeczka, obejdzie się bez płynu. I gotowe. Wiosenny deszczyk, choć uoczy, nie będzie teraz mile widziany