Mini pancakes
Przejadły się już naleśniki i racuchy? Pora spróbować czegoś pomiędzy. Mini pancakes to wynalazek kuchni włoskiej – małe, puszyste naleśniczki, które podaje się z dowolnym dodatkiem: owocami, konfiturą, syropem klonowym, cukrem pudrem lub po prostu z masłem. Proste w przygotowaniu i lekkie w smaku, idealne jako jesienna przekąska przy kubku ciepłej, aromatycznej herbaty.
Składniki
125 g mąki
1 jajko
2 łyżki rozpuszczonego masła (dodatkowo masło do posmarowania patelni)
200 ml mleka
1 łyżka proszku do pieczenia
szczypta soli
Jak to zrobić?
Jajko ubijamy na puszysty krem. Dodajemy wszystkie pozostałe składniki i ubijamy nadal, aż powstanie masa o jednolitej konsystencji. Rozgrzaną patelnię smarujemy masłem. Ciasto nakładamy na gorącą patelnię – najlepiej, by wyszły równej wielkości kóleczka. Odwracamy na drugą stronę, gdy pancake podrośnie, a na wierzchu ciasta utworzą się bąbelki. Smażymy na złoty kolor. Podajemy prosto z patelni, z wybranymi wcześniej dodatkami.
Mini pancakes z malinami
By łazienka lśniła
O ile o starciu kurzu z regału w salonie można czasem zapomnieć, regularne sprzątanie łazienki to podstawa w każdym domu. W tym pomieszczeniu najszybciej mnożą się wszelkiego rodzaju zarazki, dlatego środki do utrzymania porządku powinny być tu wyjątkowo skuteczne. Mamy kilka pomysłów.
Jakie powierzchnie najczęściej królują w łazience? Gładkie, ceramiczne, na których każda smuga jest doskonale widoczna. Wiele środków czyszczących, kosztem skutecznego usunięcia zabrudzeń, pozostawia na powierzchni osad, który nie pozostaje niezauważony. Dlatego ważne jest, by wszelkie mleczka i pasty do czyszczenia rozprowadzać za pomocą akcesoriów najwyższej jakości. Z sanitariatami doskonale poradzą sobie miękkie, ale mocne Practi Maxi marki Paclan, zebrane na praktycznej rolce. Produkt ten łączy w sobie funkcje i zalety chłonnej ściereczki i papierowego ręcznika – dokładnie czyści, nie rysując delikatnych powierzchni, a po każdym sprzątaniu zużytą ściereczkę można po prostu wyrzucić i następnym razem użyć świeżej.

W niejednej łazience pojawiają się elementy drewniane: blaty, meble czy nawet podłogi. By nadać takim powierzchniom połysk i odpowiednio je pielęgnować, używamy preparatów przeznaczonych specjalnie do drewna. Ich nakładanie i wcieranie musi odbywać się za pomocą miękkiej, chłonnej i delikatnej ściereczki wykonanej z wysokogatunkowych włókien. Mikrofibra Multiaction jest wykonana z najwyższej jakości mikrofibry, dzięki czemu doskonale zbiera kurz, wodę i zabrudzenia, polerując przy tym czyszczone powierzchnie i gwarantując dobre wchłanianie środków pielęgnujących. Jej odpowiednikiem do powierzchni szklanych – luster, szyb, blatów czy drzwi do kabin prysznicowych – jest Mikrofibra Połysk. Ściereczka z tej samej, wysokogatunkowej mikrofibry, czyści, poleruje i nie pozostawia smug na powierzchniach, na których połysk jest nieodzowny. Czyści zarówno na mokro, jak i na sucho, nie wymaga użycia detergentów. Szybko, sprawnie i przyjemnie.
Szybko i ostro
Komukolwiek tytuł posta niecnie się kojarzy, spieszę z wyjaśnieniem, że chodzi jedynie o przepis na spaghetti. Przyrządza się je szybko, polecam zatem tym, którym wiecznie brakuje doby, a w smaku jest wyraziste i niepowtarzalne, słowem – ostre.
Spaghetti z czosnkiem i chili
Składniki
450 g makaronu spaghetti
1/3 szklanki oliwy z oliwek
2 szklanki bułki tartej
50 g masła
4 ząbki czosnku
2 ostre papryczki chili
starta skórka z 1 cytryny
natka pietruszki
Jak to zrobić?
Makaron gotujemy al dente. W tym samym czasie na patelni podgrzewamy masło z połową oliwy. Gdy już się roztopi, dodajemy bułkę tartą, ugniecione ząbki czosnku oraz posiekaną papryczkę chili (ostatnio dodałam taką z kostki i też było OK). Całość delikatnie mieszamy, tak, by bułka była delikatnie zarumieniona. Łączymy z ugotowanym i odcedzonym makaronem. Po przemieszaniu całości dodajemy resztę oliwy, startą skórkę cytryny i natkę pietruszki.
Szczerze polecam!

fot. marthastewart.com/images
…między nożem a widelcem
Morderstwa między nożem a widelcem. Pod tym tytułem znajdziecie książkę zdecydowanie niecodzienną, doskonałą do poczytania nie tylko w kuchni. Zbiór 34 opowiadań kryminalnych z całego świata, zredagowany przez Andreę C. Bush, utrzymany jest w… kulinarnym klimacie. Do każdej z historii dołączono smakowite przepisy na przeróżne dania, od prostych po bardziej skomplikowane, bezpośrednio związane z fabułą danego, soczystego i krwistego, fragmentu. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, więc doskonale nadaje się na popołudniowy relaks. Nie tylko po całodziennych zmaganiach między nożem a widelcem.
A oto smakowity fragment (znaleźć możecie go także w internetowym serwisie Polityki). Swego czasu to właśnie stamtąd dowiedziałam się o istnieniu kryminalno-kulinarnej książki.
Martina Bick Nóż kuchenny
O tym, że Ewald był świnią, wiedziałam już od dawna. W końcu byłam jego żoną przez dwadzieścia cztery lata i znałam go lepiej niż ktokolwiek na świecie, nawet jeśli nasz związek przez ogromną większość tego czasu polegał tylko na głębokiej niechęci, która z czasem zmieniła się wręcz w cielesne obrzydzenie. To, że Ewald uganiał się za naszymi pokojówkami, także nie było dla mnie nowością. Zawsze taki był, odkąd sięgam pamięcią. Już przed tym jak się pobraliśmy, potem podczas naszego miesiąca miodowego, moich ciąż, wtedy kiedy dzieci były małe, a także później jak już trochę podrosły i na to wszystko patrzyły. Po prostu nie był w stanie odpuścić żadnej spódniczce.
Jednak to, że w biały dzień, w naszej wspólnej kuchni, napastował piekącą chleb Teresę, było dla mnie czymś nowym.
Weszłam właśnie do kuchni kiedy ciężko dysząc przyparł ją do kuchennego stołu i ociężale gramolił się na nią, jednak ona – ledwie docierało do mnie to, co się dzieje – chwyciła ostry ciężki nóż kuchenny leżący na stole i wbiła mu w plecy. Odrobina krwi wypłynęła z rany, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mojego blednącego małżonka. Zwalił się jak worek kartofli na podłogę, z obnażonym opadającym członkiem, kierując zdziwione spojrzenie w sufit. Odszedł od nas nie powiedziawszy ostatniego słowa. W sumie piękna śmierć.
Teresa odskoczyła przerażona od stołu kuchennego. Ledwo trzymała się na nogach. Na twarzy wyskoczyły jej rumieńce, nie ze wstydu ale ze strachu i wściekłości na tak ohydną próbę gwałtu. Odzyskawszy poczucie rzeczywistości wyciągnęłam nóż z rany i zapięłam trupowi rozporek. Ciężko się go wyciągało – jakby ze zbyt mocno spieczonej pieczeni wołowej. W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi i usłyszałam jak służący wpuszcza kogoś do środka.
Teresa doprowadziła się szybko do porządku. Ja natomiast wcisnęłam szybko nóż w ciasto na chleb, które Teresa zdążyła jeszcze uformować, zanim mój niecny mąż postanowił skorzystać z jej kształtów. Pasował świetnie. Zrolowałam ciasto jeszcze raz, ponacinałam grzbiet,po czym włożyłam do gorącego pieca, zamknęłam klapę i otworzyłam szeroko tylne drzwi do ogrodu. W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi kuchenne i stanął w nich mój syn, żywy obraz zmarłego. Wchodząc do kuchni prawie potknął się o zwłoki tatusia, odskoczył z przestrachem kiedy zobaczył cienką strużkę krwi, która zdążyła już namalować ciekawy wzorek na białej koszuli dokładnie w tym miejscu, gdzie znajdowała się rana.
- Tata! – krzyknął. – Tato, co z tobą?! – Teresa cofnęła się w głąb kuchni. Podeszłam do syna kryjąc twarz w dłoniach.
- Napad, złodziej, wybiegł do ogrodu, może jeszcze go dogonisz! – Mój dzielny syn wybiegł w mrok. Pół godziny później cały dom roił się od policjantów. Urzędnicy w mundurach przeszukiwali nasz ogród, policjanci w cywilu przesłuchiwali moją rodzinę, pomoc domową, sąsiadów a także przechodniów. Specjaliści z laboratorium zajęli naszą kuchnię i nie pozwolili nikomu wejść, a nawet wyjść. Ledwie zdążyłam wyciągnąć chleb z pieca, zanim było za późno. Trochę już nawet zdążył poczernieć, chociaż to pewnie dlatego, że był większy niż zwykle. Położyłam go na kuchence, żeby ostygł.
Około północy wysłałam Teresę i dzieci do łóżka. Biedaczka skarżyła się na silne bóle głowy i była tak blada, że dałam jej szklankę wina na wzmocnienie. Następnie przyrządziłam delikatną przekąskę dla detektywów i policjantów, którzy siedzieli w salonie, palili, wypijali drogą whisky mojego eksmałżonka i debatowali na temat całego zajścia.
Oczywiście nie znaleziono żadnego pewnego tropu przestępcy, nie mówiąc o narzędziu zbrodni. Na szczęście ogrodnicy, którzy tydzień wcześniej przycinali drzewka owocowe, pozostawili po sobie tyle śladów, że ich dokładne zbadanie zajmie policji co najmniej kilka tygodni. Jeden z sąsiadów twierdził nawet, że widział jak ktoś w pośpiechu przeskakiwał przez żywopłot za naszym domem.
Kiedy nakrywałam do stołu, jedyna kobieta spośród grona policjantów, pani nadkomisarz, bardzo szczupła, wysportowana, z króciutko ostrzyżonymi włosami, zaoferowała mi swoją pomoc. Jak to kobieta. Wysłałam ją do kuchni, żeby przyniosła przygotowane już przeze mnie talerze z przekąskami. Byłam już tym wszystkim zmęczona. No i śmierć małżonka nie była mi przecież obojętna. Wprost przeciwnie. Po prawie dwudziestu pięciu latach najzacieklejszych walk przy użyciu najbardziej intymnych metod, mogłam wreszcie wypatrywać z zadowoleniem spokojnego życia w dobrobycie. Przeciwnik został pokonany i leżał w skromnej cynowej trumnie w kostnicy medycyny sądowej. Byłam wolna.
Pani nadkomisarz wróciła z dużym talerzem przekąsek w jednym ręku i moim świeżo upieczonym chlebem w drugim. – Domowy wypiek – zachwycała się. – Moja mama zawsze piekła chleb. Z ziarnami słonecznika i z siemieniem lnianym lub z rodzynkami. Nie ma nic lepszego. Używa pani mąki grahamskiej? Potrząsnęłam delikatnie głową nie wypowiadając słowa. Po co miałam jej mówić, że kupowałam tylko najtańszą mąkę w supermarkecie i przez te wszystkie lata piekłam chleb tylko ze względu na Ewalda, ponieważ jego matka tak robiła i tego samego wymagał od swojej żony. Smarował jeszcze ciepłą pajdę smalcem, który też musiałam mu sama robić, i posypywał solą na grubość pół centymetra. Poskromiłam w duchu złość i poprosiłam gości do stołu. Panowie z policji kryminalnej rzucili się łapczywie na stojący z boku już pokrojony chleb z pobliskiego sklepu.
- Czy mogłabym ukroić sobie kromkę pani wypieku? – Pani komisarz skierowała w moją stronę pytanie wraz z proszącym spojrzeniem.
- Ależ proszę bardzo – odpowiedziałam. – Przyniosę pani nóż z kuchni.
- Proszę się nie fatygować – odpowiedziała komisarz i próbowała uporać się z chlebem tępym nożem do masła. Bez powodzenia. Nóż omsknął się na twardej skórce i prawie zaciął dłoń pani komisarz.
- Pobiegnę szybko po nóż do kuchni – powiedziałam i opuściłam towarzystwo. W kuchni oparłam się na chwilkę o drzwi, wypowiedziałam w próżnię niemą modlitwę i wróciłam do salonu. – Nóż do chleba zniknął. – Wszystkie twarze zwróciły się w moją stronę. Zdziwienie szybko przerodziło się w podniecenie.
- To z pewnością nóż, którym zabito ofiarę! Kiedy widziała pani nóż po raz ostatni? Jak wygląda? Gdzie go pani kupiła? Czy rozpoznałaby go pani? – Przekrzykiwali się wszyscy.
W międzyczasie pani komisarz poczęstowała się krojonym chlebem z pobliskiego sklepu. Twardy jak kamień bochenek leżał niezauważony, nietknięty, niczym mała skrzynka skarbów w koszyku na chleb. Przysiadłam się cicho do moich gości pogrążonych w debacie na temat rangi znaczenia narzędzia zbrodni, śladów i wypowiedzi świadków, i popijałam spokojnie wino. Położę ten bochenek w spiżarni obok innych starych bochenków, pomyślałam sobie. Będzie leżał tak długo aż stanie się twardy jak kamień. Pewnego dnia może go po prostu wyrzucę. Tak to przecież czasem jest w dużych rodzinach, że chleb się po prostu starzeje.
Ulubione potrawy Ewalda:
Chleb:
600 g mąki pszennej
600 g mąki żytniej
1 łyżeczka soli
pół litra wody
1 kostka drożdży
250 g zaczynu
1 łyżeczka cukru
Mąkę wsypać do dużej miski. W środku zrobić wgłębienie i dodać rozkawałkowane drożdże. Posypać cukrem i wszystko wymieszać dolewając odrobinę wody. Przykryć i zostawić na 15 minut. Dodać sól, zaczyn i resztę wody a następnie ugniatać aż powstanie jednolita nie klejąca się masa. Pozostawić na noc w ciepłym miejscu. Ponownie ugnieść dodając odrobinę mąki i uformować chleb. Pozostawić na godzinę. Piec w temperaturze 200-220 °C, nie krócej niż 40-50 minut.
Smalec ze skwarkami
: 1 kg słoniny, pokrojonej w kostkę
500 g tłuszczu drobiowego (z kaczki)
200 g cebuli, pokrojonej w kostkę
2 jabłka, pokrojone w kostkę
1 łyżeczka majeranku
Na wolnym ogniu rozpuścić tłuszcz ciągle mieszając aż skrawki zabarwią się na złoty kolor. Tuż przed końcem smażenia stopniowo dodawać cebulę i jabłka oraz doprawić majerankiem.

Okładka książki. Fot: www.ksiazka.net.pl
W jesiennym ogrodzie
Wprawdzie kalendarzowa jesień zawita dopiero 23 września, każdego roku wydaje mi się, że pojawia się już wraz z przesunięciem kartki w kalendarzu z miesiąca VIII na miesiąc IX. Bo trudno nie zauważyć, że w okolicach pierwszego września poranki robią się jakby bardziej mgliste, na trawie i szybach pozostawionego pod domem samochodu pojawia się rosa, a wieczorami czuć wyraźny chłód i nierzadko już zapach palonych w ognisku liści. To taki wstęp do jesieni, może więc powinnam zaznaczyć w samym tytule: co można robić we (wczesno)jesiennym ogrodzie? Bo na gruntowne sprzątanie połączone z grabieniem, paleniem i zbieraniem wszelakich śmieci do worków jeszcze przyjdzie pora.
Na razie korzystajmy z darów natury, bo te z końcem lata i z początkiem jesieni pojawiają się na drzewach i krzewach wyjątkowo licznie. Kto ma skrawek sadu lub choć jedno drzewo owocowe wie, że w przypadku ogrodowych plonów popyt nie zawsze idzie w parze z podażą. Słowem: większość spadnie i przegnije, bo nikt nie nadąży tego wyzbierać, a tym bardziej zagospodarować. Jeśli też borykacie się z takim problemem i serce was boli na widok dziesiątek porzuconych na trawniku na pastwę losu jabłek czy moreli, zawsze możecie obdarować sąsiadów czy znajomych. I jeżeli nie macie przyjemności w delektowaniu się nieco podgnitym jabłuszkiem (ja też nie mam, przyznaję), pozostaje przyrządzenie orzeźwiającego kompotu czy musu owocowego, który jak znalazł nada się do ryżu, makaronu, ciast czy naleśników. Robienie z niego weków to już wyższa szkoła jazdy, ale porcję na kilka dni łatwo można przygotować z jednego garnka wygotowanych owoców.

Jeśli już przyjdzie nam cokolwiek z plonów wyrzucać, nie pozostawiajmy zepsutych owoców luzem w plastikowym czy metalowym kontenerze. Upiorny zapach i roje muszek-owocówek są w takim przypadku jedynie kwestią czasu. Owoce najpierw muszą trafić do plastikowego worka, w którym szczelnie zamknięte (na przykład metalową taśmą w Paclan Magnetic, w których wygodnie można związać koniec z końcem) zostaną przekazane dalej, czyli do kontenera.
Tym, którzy nie maja własnego zaplecza owocowo-przetwórczego, polecamy wizytę na targach i bazarkach. Jesienne plony w marketów to jednak nie to samo. A w kontekście poprzedniego akapitu, nawet zazdrościmy sielskich wycieczek z koszykiem na stragan, zamiast opracowywania logistyki utylizacji ogrodowych odpadów.

Muffiny Justyny
Smakowitych potyczek kulinarnych ciąg dalszy! Znacie ten zestaw ze wszelkiego rodzaju kafejce, gdzie często wpada się w pośpiechu na espresso lub latte z pyszną pianką? Kawa i muffinka. Biszkoptowa, czekoladowa, jasna lub ciemna, pod kolor kawy albo właśnie odwrotnie. Macie ochotę na to samo w domowym zaciszu? Bardzo proszę, służę radą. Przy nieocenionej pomocy jednej z koleżanek-smakoszek.
Składniki
3/4 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
2 kopiate łyżki stołowe kakao
3/4 szklanki cukru pudru
3/4 szklanki kawałeczków czekolady
1/2 szklanki kawałeczków czekolady do posypania na wierzch
1 szklanka mleka
1/2 szklanki oleju
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
Papierowe foremki do babeczek
Jak to zrobić?
Piekarnik rozgrzewamy do około 205 stopni. Produkty sypkie mieszamy w jednym naczyniu, produkty ciekłe w oddzielnym. Na końcu przelewamy do jednego i mieszamy wszystko dokładnie. Ciasto rozkładamy w papierowych foremkach, nie za dużo do każdej, bo muffinki urosną (ok. 1 łyżki stołowej ciasta do każdej z foremek). Wkładamy do piekarnika. Muffiny są gotowe, kiedy urosną i trochę popękają na wierzchu. Już wyjęte z piekarnika, gorące babeczki, posypujemy kawałeczkami czekolady. Do masy można dodać też orzechy, banany, rodzynki – na co tylko przyjdzie ochota!
Palce lizać!
Na koniec lata – tarta z malinami
Zanim wszelkie letnie dobroci zatrzaśniemy na długie miesiące w zamrażarce, warto je jeszcze wykorzystać. Coś letniego, coś lekkiego i coś słodkiego w jednym – tarta! Przepis i zdjęcia z produkcji jako inspiracja na wolniejsze popołudnie lub weekendowy głód smakowitej przekąski.
Składniki
Ciasto:
1 szklanka mąki
1/2 kostki masła
1 jajko
2 łyżki cukru pudru
szczypta soli
Masa:
1 opakowanie śmietankowego budyniu
1 szklanka bitej śmietany
1 opakowanie serka homogenizowanego (naturalny lub waniliowy)
2 łyżeczki cukru pudru
2-3 szklanki malin, w zależności od wielkości owoców
1 opakowanie płatków migdałowych
Jak to zrobić?
Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy masło (posiekane nożem na drobne kawałeczki), jajko, cukier puder oraz sól i połowę opakowania migdałowych płatków. Całość zagniatamy. Wyrobione na gładką masę ciasto wkładamy do lodówki (najlepiej w folii do żywności, by nie wyschło) i trzymamy tam ok. godziny. Wypełniamy ciastem formę do tarty, gdy zostanie dobrze schłodzone. Ciasto w foremce nakłuwamy widelcem i wkładamy do piekarnika (200 stopni, 25 minut). W tym czasie gotujemy budyń. Gdy ostygnie, dodajemy do niego bitą śmietanę, serek oraz cukier puder. Całość delikatnie mieszamy. Później pozostaje rozsmarowanie kremu na przestygniętym już lekko cieście i posypanie resztą migdałowych płatków. A na samym wierzchu – soczyste maliny!

W trakcie....

... i pod koniec
Krótka historia worka na śmieci
Wszystko zaczęło się z końcem XIX wieku we Francji, kiedy prefekt miasta Seine, Eugene Poubelle, stworzył prawo dotyczące składowania śmieci i sprzątania ulic. Reguły dotyczące utrzymania porządku w miejscach publicznych były dla ówczesnych zarządców nieruchomości na tyle uciążliwe, że we Francji po dzień dzisiejszy worki na odpady noszą wdzięczną nazwę sacs poubelle, nawiązującą bezpośrednio do nazwiska owego prefekta.
Lata ’30 i ’40 to czas eksperymentów z tworzywem mającym posłużyć do wyrobu najtrwalszych i najwygodniejszych pojemników do składowania odpadów. Przełom nadchodzi dopiero w roku 1950, kiedy to kanadyjski wynalazca Harry Wasylyk tworzy pierwszy worek na śmieci wykonany z polietylenu. Do dziś zielony prototyp wykonany w zwyczajnej przydomowej kuchni znajduje się na szczycie listy najważniejszych wynalazków w historii Kanady. HDPE, czyli wspomniany już polietylen, tyle że o dużej gęstości, zostaje opracowany w latach ’50 w zakładach Phillips Petroleum w USA, jednak nie znajduje szerszego zastosowania. Przed stratami finansowymi i zastojem w magazynach Phillips Petroleum ratuje… szał na popularne do dziś hula-hop, które podbija serca nie tylko Amerykanów w 1957 roku.
Masowa produkcja i dystrybucja zielonego worka na śmieci to późne lata ’60 i firma Poly-Lina, która od końca lat ’90, po fuzji z niemieckim Paclanem, funkcjonuje jako CeDo.. Niemal równocześnie świat podbijają kuzyni zielonego kuchennego pomocnika: plastikowa torebka śniadaniowa oraz folia spożywcza. Końcówka lat ’70 to ekspansja popularnej plastikowej torby na zakupy, którą zastąpiono używane wcześniej torebki papierowe. Wszystkie te dobrodziejstwa i nowinki technologiczne od początku swego istnienia do dnia dzisiejszego produkuje CeDo, nie pozostając bynajmniej jedynie przy wynalazkach minionych dziesięcioleci. W zakładach firmy nieustannie trwają prace nad udoskonaleniami znanych nam produktów, jak i artykułami, które są oryginalne i innowacyjne.

fot. coom.free.fr
Wspomniane wyżej francuskie sacs poubelle to nie wszystko – ten zwrot może się okazać przydatny także w innych językach. Kto wie, w jakich krajach, w trosce o utrzymanie porządku wokół, przyjdzie nam zaopatrywać się w worki na odpady? W niektórych językach „worki na śmieci” brzmią naprawdę ciekawie:
po czesku – odpadní pytle
po chorwacku – vreće za smece
po węgiersku – szemeteszsák
po serbsku – kese za dubre
Dla tych, którzy nie chcą łamać sobie języka, na szczęście jest uniwersalny angielski dustbin liner.