O kuchnia! Ale konkurs!
Wystartowaliśmy! W najbliższych tygodniach macie możliwość zaprezentowania swojej kuchni szerszej publiczności. Tym razem nie chodzi o umiejętności kulinarne, ale o wnętrze pomieszczenia, które słusznie nazywane jest sercem domu.
Na stronie www.okuchnia.paclan.pl od 10 marca do 15 kwietnia możecie chwalić się swoimi kuchniami, oceniać i komentować inne, a co najważniejsze – zyskać szansę na wygranie bardzo atrakcyjnych nagród. Na swoich właścicieli czekają 3 kultowe miksery planetarne z serii Artisan marki KitchenAid , 10 stylowych aparatów fotograficznych FinePix Z35 marki Fujifilm oraz 100 wyjątkowych kalendarzy od marki Paclan, których nie znajdziecie w żadnym sklepie!
Co należy zrobić, by mieć szansę na ich zdobycie? Fotkę swojej kuchni zamieścić na stronie konkursowej za pomocą prostego formularza i… czekać na wyniki! Rób zdjęcia, oglądaj, komentuj, dołącz do naszej kuchennej społeczności!

Gotowi na wszystko
Zaczęło się niewinnie: niemal cztery lata temu natknęliśmy się na pierwszy sezon Gotowych na wszystko, czyli w oryginale Desperate Housewives, w wypożyczalni. O dziwo to mój mąż pierwszy zwrócił uwagę na pakiet czterech DVD, ale czemu tu się dziwić – w końcu na okładce pięć atrakcyjnych kobiet. I tak oto, odcinek po odcinku, wsiąkliśmy totalnie. Obydwoje, bo niech nikogo nie zmylą pozory, że Gotowe na wszystko to babski serial.
A jeżeli faktycznie gdzieś to z góry określono – nie mówcie mojemu mężowi.

I tak od 2006 roku śledzimy perypetie mieszkańców Wisteria Lane regularnie, czyli dokładnie 24 godziny po tym, gdy w USA pojawi się premierowy odcinek. Polska telewizja podchwyciła oczywiście pomysł na samą emisję, ale jest opóźniona o cały jeden sezon, mamy zatem doskonałą okazję do łączenia przyjemnego z pożytecznym – oglądamy po angielsku. Bywają niuanse, których nie idzie zrozumieć zakładając oglądanie bez powtórek, ale nie umykają najważniejsze wątki i przezabawne dialogi, a to najważniejsze. Zdarzyło mi się nawet zrobić quiz w stylu “którą z bohaterek przypominasz najbardziej?”, i choć z racji zamiłowania do prowadzenia domu bardzo chciałabym okazać się podobna do Bree, wyszło na to, że jestem mistrzynią ciętej riposty, czyli Gabrielle. Cóż, nie można mieć wszystkiego
Swiąteczny konkurs – wygraj wspaniałe kuchenne akcesoria!
Jako gospodyni – zarówno domowa, jak i tego bloga – mam przyjemność zaprosić wszystkich Czytelników do wzięcia udziału w konkursie! Wystarczy przesłać nam najciekawszy przepis związany ze świętami Bożego Narodzenia, który w jakikolwiek sposób stał się kiedyś Waszym udziałem. Albo taki, który dopiero chcielibyście wprowadzić w życie, podczas tych lub kolejnych świąt. Co decyduje o tym, że przepis jest ciekawy? Ma w sobie “to coś”. Może to być wyjątkowy składnik, nietuzinkowy sposób przygotowania lub forma podania. Zdjęcia potraw własnej roboty mile widziane, zwłaszcza takich, które rzeczywiście mają sporą dawkę własnej inwencji
Przepisy proszę przesyłać na adres: julka@historiekuchenne.paclan.pl
Konkurs trwa od dziś przez tydzień, czyli do 20 grudnia. W przyszłą niedzielę po południu wybierzemy 10 zwycięzców, a to oznacza, że jeszcze przed Bożym Narodzeniem otrzymają oni od nas zestawy produktów Paclan i Curver.
A co jest do wygrania?
10 zestawów, w skład których wchodzą nieocenieni kuchenni pomocnicy od Paclana – folia do żywności 3w1, papier do pieczenia, rękaw do pieczenia oraz innowacyjne gąbki Soft Power, a także nowość od marki Curver – pojemnik do przechowywania ciast (a także innego pożywienia) z chłodzącymi wkładkami.
Angielska rewelacja – Pimm’s
A dziś ciekawa historia czegoś odrobinę mocniejszego, lecz przede wszystkim – orzeźwiającego. Wynaleziony w połowie XIX wieku trunek, jest dla Anglików tak samo ważny, jak dobrze zaparzona herbata. Szybko zdobywał popularność, zatem wprowadzono na rynek sześć wersji tego alkoholowego napoju. Tylko Pimm’s No 1 Cup, oparty na ginie, przetrwał w niezmienionej recepturze do dziś. Pozostałe nie wytrzymały próby czasu. Pimm’s to likier o 25 % zawartości alkoholu, który kolorystycznie przypomina wyglądem mocno zaparzoną herbatę z delikatnym dodatkiem czerwieni. Poza ginem, charakterystycznego posmaku nadają mu pozostałe komponenty: cytryny, chinina i mieszanka ziół. Tradycja nakazuje spożywać Pimm’sa tylko w ciepłe, letnie dni, ze względu na swoje orzeźwiające właściwości. Zimy na razie za oknem nie widać, zatem spokojnie spróbować można go już teraz. W pubach podaje się go jako drink połączony z plasterkiem cytryny, pomarańczy i zielonego ogórka. Wymienione składniki zalewa się likierem i odstawia w celu „przegryzienia się”. Do zamówionego drinka dodaje się lód, kilka świeżych plasterków mięty i dopełnia lemoniadą. W takim zestawieniu smakuje najlepiej.

Gospodyni – to brzmi dumnie!
Czasy, w których bycie gospodynią domową kojarzyło się z obciachem, minęły bezpowrotnie. Teraz, z początkiem XXI wieku, wszelkie domowe obowiązki powracają do łask i stają się równie atrakcyjne, jak ciekawa praca zawodowa czy wszelkiego rodzaju rozrywki. Coraz więcej kobiet z powodzeniem łączy obowiązki związane z karierą z tymi, które czekają na nie po przekroczeniu progu własnego mieszkania. A te z pań, które poświęcają się jedynie domowi, mają coraz więcej okazji, by uczynić z tego nie żmudne zmagania, ale prawdziwą sztukę.

Natrafiłam kilka dni temu na ciekawy artykuł, z którego jasno wynika, że certyfikat gospodyni domowej to takie samo wyróżnienie, jak dyplom poświadczający przebycie prestiżowego kursu w każdej innej dziedzinie. Pewne stowarzyszenie organizuje fundowane z unijnych dotacji kursy, po przebyciu których, kobiety uzyskują tytuł profesjonalnej pani domu. 300 godzin zajęć obejmuje, między innymi, szkolenie z zakresu odpowiedniej prezencji, spotkania z psychologiem, zajęcia praktyczne dotyczące nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa domowego oraz szkolenie z podstaw internetu i prowadzenia domowych wyliczeń w arkuszach kalkulacyjnych. Kurs, o którym mowa, przeznaczony jest jedynie dla kobiet bezrobotnych, które po latach spędzonych w domu chcą podwyższyć swoje kwalifikacje. Okazuje się, że to, co przez całe dziesięciolecia było określane mianem “siedzenia w domu”, staje się pożądane. I, jak widać, mało kto naprawdę profesjonalnie potrafi się za to zabrać.
Kino familijne dla żarłoków i nie tylko
Niemal rytualną formą spędzania weekendów z rodziną są wspólne wypady do kina. Wiadomo, jedna z osób ma czas (pełne dwie godziny !) dla siebie, drugi rodzic może w tym czasie zasiąść w kinowym fotelu i coś sobie obejrzeć. Wywęszyli biznes producenci z fabryki snów, dzięki czemu dzisiejsze kino familijne, a szczególnie bajki (bo głównie o nich mowa), zawierają treści i dla rodziców, i dla dzieci. Całkiem zabawnie jest obserwować, że w innych momentach zacieszają dzieci, a w innych ich opiekunowie. Poza tym nareszcie jest wymówka, by z czystym sumieniem obejrzeć sobie bajkę, nie będąc posądzonym o infantylizm, zdziecinnienie, tudzież inną przypadłość nie przystającą dorosłym.
I tak ostatnio na ekrany trafiły dwie historie, które szczególnie warto polecić. Pierwsza z nich to “Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”. Temat mi szczególnie bliski, a to ze względu na fakt, że kanwę filmu stanowi historia o deszczu przemienionym w jedzenie. Warte polecenia dla wszystkich pasjonatów kulinarnych uniesień
Drugim filmem, który naprawdę warto zobaczyć (z dzieckiem lub bez), jest “Odlot”. Zapowiedź wydawała mi się infantylna, ot – kolejna piksarowska opowieść o zasadach, ale efekt przerósł moje oczekiwania. Film porusza tematy ważne (starość, śmierć, ekologia, marzenia, życie) w sposób bezpretensjonalny, ciekawy a momentami bardzo zabawny. Połączenie tych cech w filmach “dla dorosłych” jest przeważnie niemożliwe, a jeżeli już, to towarzyszący temu patos jest nie do wytrzymania. Tu się udało.
Dlatego szanownym rodzicom (i nie tylko) polecamy śledzić filmy animowane !
Matka Polka walcząca?
Daleko mi do stawania na barykadach za kwestię czystego zlewozmywaka, ale muszę przyznać, że ta inicjatywa rodzimych aktywistek nawet mnie zainteresowała. Niebawem rusza cykl spotkań i warsztatów pod hasłem Koło Gospodyń Miejskich, na których to kobiety z definicji podobne do mnie – muszące pogodzić pracę zawodową z obowiązkami domowymi i macierzyństwem – będą mogły wysłuchać cennych rad, jak walczyć o swoje i jak uświadomić reszcie świata, a zwłaszcza jej męskiej części, że praca w domu powinna być wynagradzana tak samo, jak wszelkie aktywności zawodowe. Inicjatorką akcji jest Sylwia Chutnik, znana z wielu akcji z gatunku feministycznych. Jak myślicie, przyjmie się? Ja, owszem, pomstuję czasem na pełen zlew, gdy wracam po 19 do domu, ale czy naprawdę potrzeba wokół tego robić aż tyle szumu? Niemniej – ciekawe i godne obserwacji, co z tego wyniknie.

…między nożem a widelcem
Morderstwa między nożem a widelcem. Pod tym tytułem znajdziecie książkę zdecydowanie niecodzienną, doskonałą do poczytania nie tylko w kuchni. Zbiór 34 opowiadań kryminalnych z całego świata, zredagowany przez Andreę C. Bush, utrzymany jest w… kulinarnym klimacie. Do każdej z historii dołączono smakowite przepisy na przeróżne dania, od prostych po bardziej skomplikowane, bezpośrednio związane z fabułą danego, soczystego i krwistego, fragmentu. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, więc doskonale nadaje się na popołudniowy relaks. Nie tylko po całodziennych zmaganiach między nożem a widelcem.
A oto smakowity fragment (znaleźć możecie go także w internetowym serwisie Polityki). Swego czasu to właśnie stamtąd dowiedziałam się o istnieniu kryminalno-kulinarnej książki.
Martina Bick Nóż kuchenny
O tym, że Ewald był świnią, wiedziałam już od dawna. W końcu byłam jego żoną przez dwadzieścia cztery lata i znałam go lepiej niż ktokolwiek na świecie, nawet jeśli nasz związek przez ogromną większość tego czasu polegał tylko na głębokiej niechęci, która z czasem zmieniła się wręcz w cielesne obrzydzenie. To, że Ewald uganiał się za naszymi pokojówkami, także nie było dla mnie nowością. Zawsze taki był, odkąd sięgam pamięcią. Już przed tym jak się pobraliśmy, potem podczas naszego miesiąca miodowego, moich ciąż, wtedy kiedy dzieci były małe, a także później jak już trochę podrosły i na to wszystko patrzyły. Po prostu nie był w stanie odpuścić żadnej spódniczce.
Jednak to, że w biały dzień, w naszej wspólnej kuchni, napastował piekącą chleb Teresę, było dla mnie czymś nowym.
Weszłam właśnie do kuchni kiedy ciężko dysząc przyparł ją do kuchennego stołu i ociężale gramolił się na nią, jednak ona – ledwie docierało do mnie to, co się dzieje – chwyciła ostry ciężki nóż kuchenny leżący na stole i wbiła mu w plecy. Odrobina krwi wypłynęła z rany, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mojego blednącego małżonka. Zwalił się jak worek kartofli na podłogę, z obnażonym opadającym członkiem, kierując zdziwione spojrzenie w sufit. Odszedł od nas nie powiedziawszy ostatniego słowa. W sumie piękna śmierć.
Teresa odskoczyła przerażona od stołu kuchennego. Ledwo trzymała się na nogach. Na twarzy wyskoczyły jej rumieńce, nie ze wstydu ale ze strachu i wściekłości na tak ohydną próbę gwałtu. Odzyskawszy poczucie rzeczywistości wyciągnęłam nóż z rany i zapięłam trupowi rozporek. Ciężko się go wyciągało – jakby ze zbyt mocno spieczonej pieczeni wołowej. W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi i usłyszałam jak służący wpuszcza kogoś do środka.
Teresa doprowadziła się szybko do porządku. Ja natomiast wcisnęłam szybko nóż w ciasto na chleb, które Teresa zdążyła jeszcze uformować, zanim mój niecny mąż postanowił skorzystać z jej kształtów. Pasował świetnie. Zrolowałam ciasto jeszcze raz, ponacinałam grzbiet,po czym włożyłam do gorącego pieca, zamknęłam klapę i otworzyłam szeroko tylne drzwi do ogrodu. W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi kuchenne i stanął w nich mój syn, żywy obraz zmarłego. Wchodząc do kuchni prawie potknął się o zwłoki tatusia, odskoczył z przestrachem kiedy zobaczył cienką strużkę krwi, która zdążyła już namalować ciekawy wzorek na białej koszuli dokładnie w tym miejscu, gdzie znajdowała się rana.
- Tata! – krzyknął. – Tato, co z tobą?! – Teresa cofnęła się w głąb kuchni. Podeszłam do syna kryjąc twarz w dłoniach.
- Napad, złodziej, wybiegł do ogrodu, może jeszcze go dogonisz! – Mój dzielny syn wybiegł w mrok. Pół godziny później cały dom roił się od policjantów. Urzędnicy w mundurach przeszukiwali nasz ogród, policjanci w cywilu przesłuchiwali moją rodzinę, pomoc domową, sąsiadów a także przechodniów. Specjaliści z laboratorium zajęli naszą kuchnię i nie pozwolili nikomu wejść, a nawet wyjść. Ledwie zdążyłam wyciągnąć chleb z pieca, zanim było za późno. Trochę już nawet zdążył poczernieć, chociaż to pewnie dlatego, że był większy niż zwykle. Położyłam go na kuchence, żeby ostygł.
Około północy wysłałam Teresę i dzieci do łóżka. Biedaczka skarżyła się na silne bóle głowy i była tak blada, że dałam jej szklankę wina na wzmocnienie. Następnie przyrządziłam delikatną przekąskę dla detektywów i policjantów, którzy siedzieli w salonie, palili, wypijali drogą whisky mojego eksmałżonka i debatowali na temat całego zajścia.
Oczywiście nie znaleziono żadnego pewnego tropu przestępcy, nie mówiąc o narzędziu zbrodni. Na szczęście ogrodnicy, którzy tydzień wcześniej przycinali drzewka owocowe, pozostawili po sobie tyle śladów, że ich dokładne zbadanie zajmie policji co najmniej kilka tygodni. Jeden z sąsiadów twierdził nawet, że widział jak ktoś w pośpiechu przeskakiwał przez żywopłot za naszym domem.
Kiedy nakrywałam do stołu, jedyna kobieta spośród grona policjantów, pani nadkomisarz, bardzo szczupła, wysportowana, z króciutko ostrzyżonymi włosami, zaoferowała mi swoją pomoc. Jak to kobieta. Wysłałam ją do kuchni, żeby przyniosła przygotowane już przeze mnie talerze z przekąskami. Byłam już tym wszystkim zmęczona. No i śmierć małżonka nie była mi przecież obojętna. Wprost przeciwnie. Po prawie dwudziestu pięciu latach najzacieklejszych walk przy użyciu najbardziej intymnych metod, mogłam wreszcie wypatrywać z zadowoleniem spokojnego życia w dobrobycie. Przeciwnik został pokonany i leżał w skromnej cynowej trumnie w kostnicy medycyny sądowej. Byłam wolna.
Pani nadkomisarz wróciła z dużym talerzem przekąsek w jednym ręku i moim świeżo upieczonym chlebem w drugim. – Domowy wypiek – zachwycała się. – Moja mama zawsze piekła chleb. Z ziarnami słonecznika i z siemieniem lnianym lub z rodzynkami. Nie ma nic lepszego. Używa pani mąki grahamskiej? Potrząsnęłam delikatnie głową nie wypowiadając słowa. Po co miałam jej mówić, że kupowałam tylko najtańszą mąkę w supermarkecie i przez te wszystkie lata piekłam chleb tylko ze względu na Ewalda, ponieważ jego matka tak robiła i tego samego wymagał od swojej żony. Smarował jeszcze ciepłą pajdę smalcem, który też musiałam mu sama robić, i posypywał solą na grubość pół centymetra. Poskromiłam w duchu złość i poprosiłam gości do stołu. Panowie z policji kryminalnej rzucili się łapczywie na stojący z boku już pokrojony chleb z pobliskiego sklepu.
- Czy mogłabym ukroić sobie kromkę pani wypieku? – Pani komisarz skierowała w moją stronę pytanie wraz z proszącym spojrzeniem.
- Ależ proszę bardzo – odpowiedziałam. – Przyniosę pani nóż z kuchni.
- Proszę się nie fatygować – odpowiedziała komisarz i próbowała uporać się z chlebem tępym nożem do masła. Bez powodzenia. Nóż omsknął się na twardej skórce i prawie zaciął dłoń pani komisarz.
- Pobiegnę szybko po nóż do kuchni – powiedziałam i opuściłam towarzystwo. W kuchni oparłam się na chwilkę o drzwi, wypowiedziałam w próżnię niemą modlitwę i wróciłam do salonu. – Nóż do chleba zniknął. – Wszystkie twarze zwróciły się w moją stronę. Zdziwienie szybko przerodziło się w podniecenie.
- To z pewnością nóż, którym zabito ofiarę! Kiedy widziała pani nóż po raz ostatni? Jak wygląda? Gdzie go pani kupiła? Czy rozpoznałaby go pani? – Przekrzykiwali się wszyscy.
W międzyczasie pani komisarz poczęstowała się krojonym chlebem z pobliskiego sklepu. Twardy jak kamień bochenek leżał niezauważony, nietknięty, niczym mała skrzynka skarbów w koszyku na chleb. Przysiadłam się cicho do moich gości pogrążonych w debacie na temat rangi znaczenia narzędzia zbrodni, śladów i wypowiedzi świadków, i popijałam spokojnie wino. Położę ten bochenek w spiżarni obok innych starych bochenków, pomyślałam sobie. Będzie leżał tak długo aż stanie się twardy jak kamień. Pewnego dnia może go po prostu wyrzucę. Tak to przecież czasem jest w dużych rodzinach, że chleb się po prostu starzeje.
Ulubione potrawy Ewalda:
Chleb:
600 g mąki pszennej
600 g mąki żytniej
1 łyżeczka soli
pół litra wody
1 kostka drożdży
250 g zaczynu
1 łyżeczka cukru
Mąkę wsypać do dużej miski. W środku zrobić wgłębienie i dodać rozkawałkowane drożdże. Posypać cukrem i wszystko wymieszać dolewając odrobinę wody. Przykryć i zostawić na 15 minut. Dodać sól, zaczyn i resztę wody a następnie ugniatać aż powstanie jednolita nie klejąca się masa. Pozostawić na noc w ciepłym miejscu. Ponownie ugnieść dodając odrobinę mąki i uformować chleb. Pozostawić na godzinę. Piec w temperaturze 200-220 °C, nie krócej niż 40-50 minut.
Smalec ze skwarkami
: 1 kg słoniny, pokrojonej w kostkę
500 g tłuszczu drobiowego (z kaczki)
200 g cebuli, pokrojonej w kostkę
2 jabłka, pokrojone w kostkę
1 łyżeczka majeranku
Na wolnym ogniu rozpuścić tłuszcz ciągle mieszając aż skrawki zabarwią się na złoty kolor. Tuż przed końcem smażenia stopniowo dodawać cebulę i jabłka oraz doprawić majerankiem.

Okładka książki. Fot: www.ksiazka.net.pl
Codziennego jedzenia niecodzienne przypadki

carlwarner.com
Czy jedzenie można tylko jeść? Oczywiście że nie! Okazuje się, że z niedocenianej na co dzień marchewki czy chociażby pospolitej cebuli można wyczarować coś więcej niż sałatkę.
Brokułowe drzewa, fasolkowy mur, owocowe balony i wreszcie kapuściane morze… Niemożliwe? Nie dla fotografa który stworzył „Foodscapes” (’Jedzeniobrazy’) – serię zdjęć, przedstawiającą misternie przygotowane krajobrazy, niemalże w całości wykonane z jedzenia .
Carl Warner stworzył coś nie tylko pięknego, ale również unikatowego. Niektóre ze zdjęć wyglądają jak scenerie z “Władcy Pierścieni”.

carlwarner.com
Oprócz niezaprzeczalnej satysfakcji, „Foodscapes” przyniosły swemu twórcy niemałą sławę, a co za tym idzie – nowe zlecenia od największych firm spożywczych na świecie.
Wszyscy pamiętamy, jak mama mówiła, żeby nigdy nie bawić się jedzeniem…czy aby na pewno miała rację?
Więcej zdjęć na oficjalnej stronie Carla Warnera www.carlwarner.com

carlwarner.com
Garden party – deszcz nam nie przeszkodził
Na garden party, mimo kiepskiej pogody i deszczu, przybyło sporo znajomych. Wydawało nam się, że zabezpieczyliśmy się przed tą paskudną aurą i w ogrodzie postawiliśmy dwa duże namioty, tak aby goście nie zmokli. Z cukru nie jesteśmy, niech leje, doroczne garden party musi być. Jednak nie udało się, mimo szczerych chęci, rozpalić ogniska. Strumienie deszczu pokrzyżowały nasze plany. Ale grill pod zadaszeniem spełniał swoją funkcję znakomicie.

Przygotowałam rybę w warzywach, którą owinęłam w folię Grill Aluminium. Ta jest o tyle lepsza, że jest mocniejsza od zwykłej kuchennej, przez co danie na pewno się nie rozsypie i nie wpadnie pomiędzy rozżarzone węgielki. Chcecie przepis? Bardzo proszę:
Ryba w warzywach
Najlepiej kupić świeżą w markecie, dokupić bazylię w doniczce, pietruszkę, cytrynę, masło, paprykę, czosnek, pomidor i przyprawy (oregano, pieprz, sól). Rybę umyć, przyprawić, położyć na folii. Do środka włożyć trochę masła (które spowoduje, że mięso nie będzie takie suche), cytrynę, świeżą bazylię, pietruszkę. Warzywa ułożyć po bokach na folii, posypać oregano i wcisnąć trochę czosnku. Całe danie obwinąć folią i położyć na rozgrzany grill. Ryba po 15 minutach jest gotowa do podania.

Inne przysmaki, które uwielbiam podawać na garden party, to warzywa z grilla. Doskonała jest papryka lub cukinia, gdy się je podsmaży. Ale koniecznie na tackach! Albo czosnek, którego całą główkę zawijamy w folię aluminiową i kładziemy na grilla. Upieczony w ten sposób, doskonale nadaje się do smarowania na chleb. Pyszności…