Z duchami w tle
Bynajmniej nie z tęsknoty za zmierzchem o 15:30 i metrowymi zaspami, z początkiem przedwiośnia sięgnęłam po książkę o zimie przez duże Z. Może nie dosłownie, ale zjawiska pogodowe są tu niejako drugoplanowym bohaterem. Ale po kolei.
Szwedzkie małżeństwo z dwojgiem dzieci, znudzone wielkomiejskim życiem w stolicy, przenosi się na północną Olandię, gdzie kupuje posiadłość nad samym brzegiem morza. Aludden, bo taką nazwę nosi majątek, to XIX-wieczna siedziba latarników, którzy opiekowali się dwiema latarniami morskimi zbudowanymi nieopodal. Katrine i Joakim słyszeli co nieco legend o tym miejscu, ale nie przejęli się specjalnie opowieściami o duchach tych, którzy poświęcili swoje życie dla morza i samego Aludden i z entuzjazmem rozpoczęli renowację wiekowej posiadłości. Sielanka nie trwa długo – Katrine ginie w tajemniczych okolicznościach, a Joakim musi zacząć zmierzać się z czymś więcej, niż jedynie żałobą po stracie żony…
Nocna zamieć Johana Theorina to kryminał, ale, że tak powiem, magiczny. Nie to, żebym wierzyła w duchy i inne nie do końca wiadome zjawiska, ale sugestywne opisy nawiedzonej nadmorskiej posiadłości czy typowych dla Olandii burz śnieżnych tworzą niesamowitą atmosferę. Jeżeli właśnie wprowadziliście się do wiekowej willi na odludziu, może odłóżcie tę lekturę na później?
fot. wyd. Czarne
Gotowi na wszystko
Zaczęło się niewinnie: niemal cztery lata temu natknęliśmy się na pierwszy sezon Gotowych na wszystko, czyli w oryginale Desperate Housewives, w wypożyczalni. O dziwo to mój mąż pierwszy zwrócił uwagę na pakiet czterech DVD, ale czemu tu się dziwić – w końcu na okładce pięć atrakcyjnych kobiet. I tak oto, odcinek po odcinku, wsiąkliśmy totalnie. Obydwoje, bo niech nikogo nie zmylą pozory, że Gotowe na wszystko to babski serial.
A jeżeli faktycznie gdzieś to z góry określono – nie mówcie mojemu mężowi.

I tak od 2006 roku śledzimy perypetie mieszkańców Wisteria Lane regularnie, czyli dokładnie 24 godziny po tym, gdy w USA pojawi się premierowy odcinek. Polska telewizja podchwyciła oczywiście pomysł na samą emisję, ale jest opóźniona o cały jeden sezon, mamy zatem doskonałą okazję do łączenia przyjemnego z pożytecznym – oglądamy po angielsku. Bywają niuanse, których nie idzie zrozumieć zakładając oglądanie bez powtórek, ale nie umykają najważniejsze wątki i przezabawne dialogi, a to najważniejsze. Zdarzyło mi się nawet zrobić quiz w stylu “którą z bohaterek przypominasz najbardziej?”, i choć z racji zamiłowania do prowadzenia domu bardzo chciałabym okazać się podobna do Bree, wyszło na to, że jestem mistrzynią ciętej riposty, czyli Gabrielle. Cóż, nie można mieć wszystkiego
Szwedzko-chińskie tajemnice
Nie samym domem i pracą człowiek żyje, do tego prostego wniosku doszłam już dawno. Idąc tym tropem, postanowiłam powrócić do zdrowego nawyku spędzania sobotniego popołudnia z książką, a nie z praniem/prasowaniem/myciem czegokolwiek. Wprawdzie czytam codziennie, gdy wszystko jest już zrobione, w okolicach północy, ale przestało mnie bawić obrywanie książką w nos, gdy ja zasypiam, a ona wypada mi z rąk. Zatem w sobotnie popołudnie, gdy śnieg za oknem sypał jak szalony, a ja siedziałam zawinięta w koc z książką kubkiem herbaty, wydało mi się namiastką urlopu.
Uwielbiam wszystko, co skandynawskie, zwłaszcza auta i książki. A jak książki, to przede wszystkim Henniga Mankella. Z żalem przyjęłam do wiadomości zakończenie serii z Kurtem Wallanderem, ale na szczęście Mankell nie zakończył na tym literackiej kariery. Nowa powieść, Chińczyk, to książka typowa dla szwedzkiego autora pod względem klimatu, ale skonstruowana inaczej niż te z cyklu o komisarzu z Ystad. Akcja Chińczyka, choć zaczyna się już w XXI wieku w Szwecji, tak naprawdę sięga o wiele głębiej – do XIX-wiecznych Chin, w których wędrówkę po świecie rozpoczęło trzech braci, a pamiętnik, napisany przez jednego z nich, stał się bodźcem do wspomnianych już dramatycznych wydarzeń w szwedzkiej wiosce w styczniu 2006 roku. Mankell, jak zwykle, nie szczędzi mrocznych opisów miejsca zbrodni, ale nie ma tu nic przerażającego – wszystko jest raczej melancholijne, tradycyjnie osadzone w typowo szwedzkim, surowym krajobrazie. Ale nie tylko. Akcja Chińczyka przenosi się bowiem także do Pekinu i tam staje się nagle bardzo wartka… By nie zdradzić zbyt wiele, powiem krótko: naprawdę warto poznać tę historię.

fot: merlin.pl
Gospodyni – to brzmi dumnie!
Czasy, w których bycie gospodynią domową kojarzyło się z obciachem, minęły bezpowrotnie. Teraz, z początkiem XXI wieku, wszelkie domowe obowiązki powracają do łask i stają się równie atrakcyjne, jak ciekawa praca zawodowa czy wszelkiego rodzaju rozrywki. Coraz więcej kobiet z powodzeniem łączy obowiązki związane z karierą z tymi, które czekają na nie po przekroczeniu progu własnego mieszkania. A te z pań, które poświęcają się jedynie domowi, mają coraz więcej okazji, by uczynić z tego nie żmudne zmagania, ale prawdziwą sztukę.

Natrafiłam kilka dni temu na ciekawy artykuł, z którego jasno wynika, że certyfikat gospodyni domowej to takie samo wyróżnienie, jak dyplom poświadczający przebycie prestiżowego kursu w każdej innej dziedzinie. Pewne stowarzyszenie organizuje fundowane z unijnych dotacji kursy, po przebyciu których, kobiety uzyskują tytuł profesjonalnej pani domu. 300 godzin zajęć obejmuje, między innymi, szkolenie z zakresu odpowiedniej prezencji, spotkania z psychologiem, zajęcia praktyczne dotyczące nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa domowego oraz szkolenie z podstaw internetu i prowadzenia domowych wyliczeń w arkuszach kalkulacyjnych. Kurs, o którym mowa, przeznaczony jest jedynie dla kobiet bezrobotnych, które po latach spędzonych w domu chcą podwyższyć swoje kwalifikacje. Okazuje się, że to, co przez całe dziesięciolecia było określane mianem “siedzenia w domu”, staje się pożądane. I, jak widać, mało kto naprawdę profesjonalnie potrafi się za to zabrać.
Kino familijne dla żarłoków i nie tylko
Niemal rytualną formą spędzania weekendów z rodziną są wspólne wypady do kina. Wiadomo, jedna z osób ma czas (pełne dwie godziny !) dla siebie, drugi rodzic może w tym czasie zasiąść w kinowym fotelu i coś sobie obejrzeć. Wywęszyli biznes producenci z fabryki snów, dzięki czemu dzisiejsze kino familijne, a szczególnie bajki (bo głównie o nich mowa), zawierają treści i dla rodziców, i dla dzieci. Całkiem zabawnie jest obserwować, że w innych momentach zacieszają dzieci, a w innych ich opiekunowie. Poza tym nareszcie jest wymówka, by z czystym sumieniem obejrzeć sobie bajkę, nie będąc posądzonym o infantylizm, zdziecinnienie, tudzież inną przypadłość nie przystającą dorosłym.
I tak ostatnio na ekrany trafiły dwie historie, które szczególnie warto polecić. Pierwsza z nich to “Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”. Temat mi szczególnie bliski, a to ze względu na fakt, że kanwę filmu stanowi historia o deszczu przemienionym w jedzenie. Warte polecenia dla wszystkich pasjonatów kulinarnych uniesień
Drugim filmem, który naprawdę warto zobaczyć (z dzieckiem lub bez), jest “Odlot”. Zapowiedź wydawała mi się infantylna, ot – kolejna piksarowska opowieść o zasadach, ale efekt przerósł moje oczekiwania. Film porusza tematy ważne (starość, śmierć, ekologia, marzenia, życie) w sposób bezpretensjonalny, ciekawy a momentami bardzo zabawny. Połączenie tych cech w filmach “dla dorosłych” jest przeważnie niemożliwe, a jeżeli już, to towarzyszący temu patos jest nie do wytrzymania. Tu się udało.
Dlatego szanownym rodzicom (i nie tylko) polecamy śledzić filmy animowane !
Z kuchni do kina
9. października na ekrany polskich kin wejdzie film Julie&Julia wyreżyserowany przez Norę Ephron. To urocza mieszanka biografii,dramatu i komedii, w której tematem przewodnimsą losy Julii Child, amerykańskiej kucharki i osobowości telewizyjnej, która zasłynęła w latach ‘60 jako autorka książek kulinarnych i programów o takiej tematyce. Drugą z bohaterek filmu, a w zasadzie tą pierwszoplanową, jest Julie Powell, znudzona życiem sekretarka, która postanawia w ciągu roku przetestować wszystkie 524 przepisy z książki Mastering the Art of French Cooking autorstwa Child. Swoje doświadczenia opisuje na blogu, który w krótkim czasie zdobywa rzesze oddanych czytelników.

Okładka książki autorstwa Julii Child/fot. www.betterbaking.com
A zatem, szykuje się premiera kinowa, której nie może przegapić żadna szanująca się gospodyni domowa. Nawet, jeśli domowemu ognisku poświęca mniej czasu, niż by sobie życzyła, a to, co ugotuje, dalekie jest od specjałów z księgi Julii Child. W końcu panią domu można być także w kinie.

Julia Child/fot. qcms.org
Back to ‘40
Polska w latach ‘40 zniszczona była wojną. Krwawe rządy prowadził nieco później stalinowski reżim. Nic więc dziwnego, że Stany Zjednoczone były ziemią obiecaną dla Europejczyków. Wskazuje na to też wystawa, która niedawno była do obejrzenia w Krakowie. Ale i w Stanach nie było tak różowo, jak wskazywałyby na to poniższe obrazki. Przecież to czas, kiedy zostaje zrzucona bomba atomowa, kiedy na dwa obozy dzieli się świat. Z drugiej strony: to czasy Joe Di Maggio (dla niewtajemniczonych jest to największa ikona sportu w USA) czy też Kobiecej Ligi Baseballu, którą to znamy z filmu Ich Własna Liga z Madonna, Geeną Davies czy Tomem Hanksem.
Graficznie i reklamowo czasy te są niezwykle idealizowane. Szczytem szczęścia jest dom na przedmieściach i dobra posada, najlepiej w korporacji lub zakładzie pracy położonym w sielskiej podmiejskiej dzielnicy. Role w rodzinie są twardo podzielone. Układ ten już dąży do krachu, który pokazał choćby Sam Mendes w filmie Droga do szczęścia z Leo Di Caprio i Kate Winslet. Polecam ! Poniższe grafiki pochodzą se strony retrorenovation.com, która jest jedną z moich ulubionych. Autorka zbiera zdjęcia z kampanii marketingowych, właśnie z lat 40.

retrorenovation.com
Home sweet home. A kuchnia w zabudowie. Architektura tego rozwiązania kuchni dziś jest obowiązującym standardem. A pamiętacie polskie kuchnie lat ‘70 ? Poniżej wprawdzie stołówka, ale też jest zabawnie:
watch?v=RHkCqkn0VKE&eurl=http%3A%2F%2Fhistoriekuchenne.wordpress.com%2F&feature=player_embedded

retrorenovation.com
Rodzina na swoim.

retrorenovation.com
Reklama oświetlenia General Electric. Jak widać, i tatuś może w kuchni popracować. Osobiście jednak uważam styl “ciągle pod krawatem” za męczący. Ale widzieliście w jakimkolwiek filmie z tego okresu mężczyznę w innym ubiorze?
Ożywić lodówkę
Codzienność może zanudzić. Pobudka – wyprawa do łazienki – kuchnia – śniadanie – praca. Po otwarciu powiek nie myślimy nawet nad tym, co robimy, po prostu mechanicznie podążamy za utartymi schematami. Nie widzimy mebli, ścian, sprzętów, poruszamy się w tak dobrze znanej przestrzeni, że wszystko nam jedno jak ona wygląda. Czy rzeczywiście? To, w jakim otoczeniu przychodzi nam spędzać dzień (a szczególnie jego początek), ma wbrew pozorom duże znaczenie dla naszego samopoczucia, a nawet zdrowia psychicznego. Większość czasu o poranku spędzamy w kuchni. W naszych głowach siedzą utarte schematy na temat jej wystroju. Mamy zakodowane w świadomości kuchnie naszych rodziców, najczęściej pełne rodzinnego ciepła i spokoju. A może by tak nieco ożywić ten sielankowy obrazek?
Jednym z pomysłów na urozmaicenie, może być kolorowa lodówka. Białe to nuda, ale te kolorowe i zdobione wzorami, często osiągają ceny, o których nam się nie śniło. Wystarczy jednak odrobina kreatywności. Coraz bardziej popularne jest malowanie drzwi od lodówki u lakierników samochodowych. Ci fachowcy potrafią wyczarować genialne obrazy, nie tylko na karoseriach superszybkich aut i coraz mniej dziwią ich kolejne drzwi lodówki stojące w zakładzie. Takie malowanie jest na pewno tańsze, a do tego możemy zaprojektować swój własny, niepowtarzalny wzór, dzięki któremu nasza kuchnia zyska nowego blasku.

Jeśli ktoś nie ma ochoty na podróże z lodówką po mieście, może zdecydować się na naklejki ścienne. W tym wypadku, możemy ozdobić wszystko, na co przyjdzie nam ochota. Ściany w kuchni wyglądają o wiele lepiej, kiedy dzieje się na nich coś ciekawego. Warto też pomyśleć nad wyposażeniem, wyróżniającym się ciekawym wzornictwem, które umili nam czas spędzany przy śniadaniu.

Jeśli uda się obudzić wnętrze kuchni, pobudka naszego organizmu powinna już pójść gładko. Poświęcenie odrobiny czasu na upiększenie otoczenia sprawi, że poranki nie będą już udręką. Będzie się przyjemniej wstawało, a przez to cały dzień będzie jakby bardziej przyjazny.
Folgers, czyli esencja lat ‘50
Wszystko, co vintage, jest teraz na topie. Od ubrań począwszy, na łyżce do butów skończywszy. Klimaty rodem z lat ‘50 i ‘60 XX wieku przebojem wdarły się do naszych domów, co widać w stylistyce niektórych przedmiotów AGD czy chociażby opakowań produktów. W poszukiwaniu wszystkiego, co “retro” i “vintage” w sieci, natknęłam się na kilka oryginalnych reklam telewizyjnych z połowy lat ‘50. Moje największe zainteresowanie wzbudziły dwa amerykańskie, nazwijmy to spoty, nakręcone dla producenta kawy Folgers (obecnej zresztą na rynku do dziś i faktycznie doskonałej w smaku). Kawa kawą, ale tak jaskrawego, w sensie pokazania wartości, którymi kierowały się ówczesne kobiety, przekazu dawno nie widziałam.
W pierwszym filmiku przykładna żona zostaje zbesztana przez męża za to, że nawet w jego urodziny nie potrafi przygotować kawy lepszej, niż ta z biurowego ekspresu. Rozżalona i wyraźnie przejęta młoda gospodyni idzie po radę do sąsiadki, która zapewnia, że z kawą Folgers każda pani domu będzie ideałem. Jak można łatwo przewidzieć, bohaterka klipu przygotowuje filiżankę jedynej słusznej kawy, a małżonek wprost rozpływa się w komplementach.
Drugi filmik jest chyba jeszcze mocniejszy w swej wymowie, słowem: nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Młoda żonka co dzień rano przynosi mężowi do łazienki kawę. I gdy pewnego razu zostaje odprawiona słowami “jak to możliwe, że tak ładna żona robi tak paskudną kawę”, niemal uderza w płacz i biegnie do matki, by poradzić się, jaką kawę powinna parzyć doskonała gospodyni. Gdy następnego dnia zapracowany małżonek dostaje filiżankę Folgersa i próbuje z niej łyk, kawy, przejęta żona zaciska kciuki w oczekiwaniu na komentarz z jego strony. Zbawne, ale też trochę przerażające. Dobrze, że z tamtych czasów coraz częściej w domach pozostaje jedynie obrus w stylu vintage czy kilka przepisów na słodkości starej daty.
Śmieci atakują!
Sama nie wiem, czy tę historię umieścić w dziale “Dom” swojego bloga, czy może raczej w zakładce “Zabawne”. Ostatecznie zdecyduję się chyba jednak na “Życie”: takie rzeczy po prostu się zdarzają i trzeba być na nie przygotowanym. Posadanie własnego pojemnika na śmieci przed domem wymaga dwóch rzeczy: skrawka miejsca na plastikowy kontener i terminowego opłacania rachunków za wywóz nieczystości. O ile z pierwszym warunkiem nic się u nas nie zmieniło, w przypadku drugiego powstały pewne zawirowania. Przepadły dwie faktury – jedna pod naszą dłuższą nieobecność, druga w tajemniczych okolicznościach, a żadne z nas, w gąszczu cyferek, obliczeń i elektronicznych transakcji, w których co dzień siedzimy po uszy, nie zorientowało się, że oto właśnie nie płacimy za wywóz śmieci i świadcząca usługi firma ma zamiar upomnieć się o swoje. Przesłanie wezwania do zapłaty okazało się kwestią wtórną. Najpierw nastąpiło najgorsze: zabrano nam pojemnik na śmieci.

Nastawieni na dzień, góra dwa, nim usługi zostaną wznowione, postanowiliśmy zminimalizować produkcję domowych odpadów, zebrać wszystko do dużego worka i spokojnie poczekać na pojawienie się pojemnika. Biurokracja dała się jednak we znaki. Zanim wieść o naszej (ekspresowej bądź co bądź) wpłacie dotarła na odpowiednie biurko w siedzibie firmy zajmującej się wywożeniem śmieci, minęło dokładnie dziesięć dni. Przy trzecim worku ustawionym na schodach wejściowych do domu uznaliśmy, że czekanie nie ma sensu. Przy temperaturze średnio 28 stopni dzień w dzień, odpady zaczynały być odczuwalne, a deszcze wieczorami i w nocy nie ułatwiały sprawy – wszystko się rozmywało i spływało w dół. Przerażeni wizją rychłej wizyty służb sanitarnych, znaleźliśmy rozwiązanie, może nie idealne, ale znośne. Wykorzystując dużą przestrzeń bagażnika rodzinnego auta plus obszerny kontener na dziedzińcu w miejscu pracy, dzień w dzień fundowaliśmy pełnym odpadów workom przejażdżkę przez pół miasta, by tam się ich pozbyć. Operacja ryzykowna, ale na szczęście ktoś pomyślał kiedyś o stworzeniu worków na odpady, które mogą posłużyć w sytuacjach ekstremalnych. Supermocne, pojemne i ściągane poręczną taśmą – nic się nie wysypie, a przy przenoszeniu z miejsca na miejsce nie trzeba podtrzymywać ich od spodu. Mimo posiadania sporego zapasu w szafce z artykułami gospodarczymi, w najbliższym czasie nie planujemy powtórki z akcji wożenia śmieci.
