Kto chciałby taką gosposię?
Zakładam, że panie nie podejdą do pytania z entuzjazmem, panowie – owszem
W poszukiwaniu zupełnie innych rzeczy w sieci natrafiłam na stronę Pameli Hanson, brytyjskiej fotograf, która pracowała z najlepszymi magazynami mody, choć moda nie jest jedynym tematem jej prac. Była już u nas gosposia rodem z Vogue, była Madonna w roli kury domowej, czas na wdzięczną panią domu w bardzo skąpym stroju. Prawda, że urocza?

źródło: http://www.pamelahanson.com/

źródło: http://www.pamelahanson.com/

źródło: http://www.pamelahanson.com/
Gospodyni – to brzmi dumnie!
Czasy, w których bycie gospodynią domową kojarzyło się z obciachem, minęły bezpowrotnie. Teraz, z początkiem XXI wieku, wszelkie domowe obowiązki powracają do łask i stają się równie atrakcyjne, jak ciekawa praca zawodowa czy wszelkiego rodzaju rozrywki. Coraz więcej kobiet z powodzeniem łączy obowiązki związane z karierą z tymi, które czekają na nie po przekroczeniu progu własnego mieszkania. A te z pań, które poświęcają się jedynie domowi, mają coraz więcej okazji, by uczynić z tego nie żmudne zmagania, ale prawdziwą sztukę.

Natrafiłam kilka dni temu na ciekawy artykuł, z którego jasno wynika, że certyfikat gospodyni domowej to takie samo wyróżnienie, jak dyplom poświadczający przebycie prestiżowego kursu w każdej innej dziedzinie. Pewne stowarzyszenie organizuje fundowane z unijnych dotacji kursy, po przebyciu których, kobiety uzyskują tytuł profesjonalnej pani domu. 300 godzin zajęć obejmuje, między innymi, szkolenie z zakresu odpowiedniej prezencji, spotkania z psychologiem, zajęcia praktyczne dotyczące nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa domowego oraz szkolenie z podstaw internetu i prowadzenia domowych wyliczeń w arkuszach kalkulacyjnych. Kurs, o którym mowa, przeznaczony jest jedynie dla kobiet bezrobotnych, które po latach spędzonych w domu chcą podwyższyć swoje kwalifikacje. Okazuje się, że to, co przez całe dziesięciolecia było określane mianem “siedzenia w domu”, staje się pożądane. I, jak widać, mało kto naprawdę profesjonalnie potrafi się za to zabrać.
Matka Polka walcząca?
Daleko mi do stawania na barykadach za kwestię czystego zlewozmywaka, ale muszę przyznać, że ta inicjatywa rodzimych aktywistek nawet mnie zainteresowała. Niebawem rusza cykl spotkań i warsztatów pod hasłem Koło Gospodyń Miejskich, na których to kobiety z definicji podobne do mnie – muszące pogodzić pracę zawodową z obowiązkami domowymi i macierzyństwem – będą mogły wysłuchać cennych rad, jak walczyć o swoje i jak uświadomić reszcie świata, a zwłaszcza jej męskiej części, że praca w domu powinna być wynagradzana tak samo, jak wszelkie aktywności zawodowe. Inicjatorką akcji jest Sylwia Chutnik, znana z wielu akcji z gatunku feministycznych. Jak myślicie, przyjmie się? Ja, owszem, pomstuję czasem na pełen zlew, gdy wracam po 19 do domu, ale czy naprawdę potrzeba wokół tego robić aż tyle szumu? Niemniej – ciekawe i godne obserwacji, co z tego wyniknie.

Folgers, czyli esencja lat ‘50
Wszystko, co vintage, jest teraz na topie. Od ubrań począwszy, na łyżce do butów skończywszy. Klimaty rodem z lat ‘50 i ‘60 XX wieku przebojem wdarły się do naszych domów, co widać w stylistyce niektórych przedmiotów AGD czy chociażby opakowań produktów. W poszukiwaniu wszystkiego, co “retro” i “vintage” w sieci, natknęłam się na kilka oryginalnych reklam telewizyjnych z połowy lat ‘50. Moje największe zainteresowanie wzbudziły dwa amerykańskie, nazwijmy to spoty, nakręcone dla producenta kawy Folgers (obecnej zresztą na rynku do dziś i faktycznie doskonałej w smaku). Kawa kawą, ale tak jaskrawego, w sensie pokazania wartości, którymi kierowały się ówczesne kobiety, przekazu dawno nie widziałam.
W pierwszym filmiku przykładna żona zostaje zbesztana przez męża za to, że nawet w jego urodziny nie potrafi przygotować kawy lepszej, niż ta z biurowego ekspresu. Rozżalona i wyraźnie przejęta młoda gospodyni idzie po radę do sąsiadki, która zapewnia, że z kawą Folgers każda pani domu będzie ideałem. Jak można łatwo przewidzieć, bohaterka klipu przygotowuje filiżankę jedynej słusznej kawy, a małżonek wprost rozpływa się w komplementach.
Drugi filmik jest chyba jeszcze mocniejszy w swej wymowie, słowem: nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Młoda żonka co dzień rano przynosi mężowi do łazienki kawę. I gdy pewnego razu zostaje odprawiona słowami “jak to możliwe, że tak ładna żona robi tak paskudną kawę”, niemal uderza w płacz i biegnie do matki, by poradzić się, jaką kawę powinna parzyć doskonała gospodyni. Gdy następnego dnia zapracowany małżonek dostaje filiżankę Folgersa i próbuje z niej łyk, kawy, przejęta żona zaciska kciuki w oczekiwaniu na komentarz z jego strony. Zbawne, ale też trochę przerażające. Dobrze, że z tamtych czasów coraz częściej w domach pozostaje jedynie obrus w stylu vintage czy kilka przepisów na słodkości starej daty.
A po pracy…
Pojęcia “karierowiczka” oraz “gospodyni” są przeważnie przeciwstawne. Więcej, są na przeciwległych biegunach na mapie życia współczesnej kobiety. Niesłusznie ! Przecież nie ma nic przyjemniejszego, niż pielęgnacja domu czy zgłębianie meandrów sztuki kulinarnej.
Dbanie o czystość, urządzanie własnych czterech kątów, gotowanie czy pieczenie ciast – niełatwo wyobrazić sobie przyjemniejsze formy aktywnego i produktywnego relaksu. Te czynności łączą w sobie przyjemne z pożytecznym, co docenia coraz więcej kobiet. Dodajmy – kobiet sukcesu. Do domu wracam około godziny 18 – 19. Chcę wyprzeć z głowy to, co zajmuje mnie przez większą część dnia, czyli projekty, spotkania, problemy, stres. Najpierw bawię się z synkiem, po czym rzucam się w wir prac kuchennych. Sprzątam, urządzam, gotuję coś dla całej rodziny. To pomaga zapomnieć o całym świecie. A dodatkowej radości przysparzają smakowe doznania, których stajemy się uczestnikami – mówi Karolina, 28, na co dzień prowadząca agencję Public Relations. Znacie to? Ten sposób spędzania wolnego czasu staje się coraz bardziej popularny, na co wskazują zjawiska takie jak homing, rozwój programów i wydawnictw kulinarnych, nowe tytuły wnętrzarskie. Coraz większą popularnością cieszą się także serwisy z poradami domowymi. W końcu – kolejnym dowodem na obecność tego trendu w społeczeństwie jest także popularność serialu “Gotowe na wszystko”, ze szczególnym uwzględnieniem rudowłosej NadGospodyni – Bree van de Kamp.
Powstaje zatem pytanie: jak kobieta przywykła bardziej do obsługi automatów do kawy, parkometrów, laptopów i telefonów komórkowych z funkcjami palmtopa poradzi sobie z obsługą tak trywialnej czynności, jak na przykład czyszczenie blatu ? Co jest prostsze: zapanowanie nad laptopem najnowszej generacji czy doczyszczenie kuchenki ? Na te pytania nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Warto zauważyć jednak, że przy niektórych zagadkach gospodarstwa domowego wykorzystujemy wielopokoleniową wiedzę, której siłą rzeczy nie posiadamy w kontekście obsługi urządzeń typu GPS. Często pozorna niechęć wobec czynności kuchennych jest jedynie strachem przed wyzwaniem. Nie mniejszym niż wyzwania zawodowe.
Doskonała gospodyni domowa
Nie wstyd mi postrzegać siebie jako goposdynię domową. Jestem wieloma osobami: matką, żoną, copywriterem, edytorką, redaktorką, blogerką, zakupoholiczką … czasem też gospodynią. W żadnej z tych ról nie czuje się źle, ba – każdą z nich uwielbiam – oczywiście o ile dobrze je dozuje. Natomiast chyba żadne z tych określeń nie potrafi być takie pejoratywne jak “gospodynie domowa”. Chyba wiem, kto jest winny: reklamy pokazujące gotujące i sprzątające kobiety, jako najszczęśliwsze, gdy mogą mężowi i pyzatym dzieciom położyć na nakrytym obrsuem stole połać parującego mięcha. Mniam. Lub te które niemal pękają z radości, gdy białą koszulkę (5 pln) dopiorą do lśniącej bieli. ZTe reklamy prowadzą do tego:
A gdzie złoty środek ? Uwielbiam gotować i czuję się dumna, gdy innym smakuje, ale to tylko wycinek mojego życia. W przeciwnym wypadku – współczucia.
W klimacie retro
Nie wiem, czy jestem osamotniona w swoich odczuciach, czy ktoś mi przytaknie, ale odczuwam wyraźne znużenie ilością Superbohaterów i Superbohaterek, którzy piętrzą się na sklepowych półkach. Coraz więcej produktów, zwłaszcza spośród tych, za którymi najczęściej przemierzamy sklepowe alejki, czyli popularnych FMCG, ma w swoim opakowaniu czy sloganie reklamowym elementy rodem z odległej i bynajmniej niezbadanej przyszłości. Wszystko jest “super”, “extra”, “mega” i “ultra”, a postaci na butelkach czy kartonikach straszą pelerynkami Supermana, różdżkami rodem z Hogwartu czy cała gamą nadprzyrodzonych zdolności. Mnie, która choć bardzo by chciała owych zdolności posiąść nie może, straszliwie drażni owa stylistyka. Wolę utożsamiać się z tradycyjną panią domu, która może nie jest idealna, ale przynajmniej z krwi i kości, a nie z plastiku.

I dlatego właśnie urzekł mnie plakat, który w stosownej chwili ma szansę zagościć w każdej kuchni. Zwłaszcza tam, gdzie produkty z gamy Family Products są już dobrze znane. W gorączkowej codziennej bieganinie przyjemnie mieć obok siebie choć skrawek klimatów retro. Dla pani z plakatu z pewnością czas płynął wolniej a bulgoczący na ogniu schab był jedynym, co zaprzątało jej głowę w, dajmy na to, środowe przedpołudnie, ale mimo to nie czuję wobec niej żadnej zawiści. Mogę sobie za to co rano puścić do niej oko, gdy dwoję się i troję, by zdążyć z pierwszym śniadaniem, o przygotowaniu drugiego nie wspominając. Żadna Superbohaterka z pudełka jakoś w takich sytuacjach nie spieszy z pomocą, niech się zatem w ogóle nie rzuca w oczy.
Być jak Bree
Kto ogląda, ten wie. W kultowym już serialu Desperate Housewives, czyli po prostu Gotowe na wszystko, jest postać, która może być z powodzeniem uznana za uosobienie pojęcia idealnej pani domu. Bree van de Kamp jest perfekcjonistką w każdym calu: jej dom lśni od piwnicy aż po strych, w ogrodzie nie ma szans wyrosnąć żaden chwast, a pojedyncze spadające liście zdają się omijać ten skrawek zieleni. Kuchnia to prawdziwe królestwo Bree. Tu pani domu przygotowuje potrawy tak wymyślne, że zaproszonym gościom dech zapiera w piersi, ale też nie zapomina o domownikach. Rodzina Bree nigdy nie dostanie na śniadanie zwykłych płatków na mleku, a na obiad podgrzanej w mikrofalówce pizzy. Nie zobaczą też jej samej w schodzonym dresie czy poplamionym T-shircie – prace domowe w kaszmirowym sweterku i szykownej sukience ozdobionej sznurem pereł to dla Bree chleb powszedni. Wzór do naśladowania? Nie dajmy się zwariować.

Ilekroć oglądam ten serial, zastanawiam się, czy to, co robi ta kobieta, jest w ogóle możliwe. Goście na kolacji pięć razy w tygodniu. Wystawny obiad dla rodziny siedem razy w tygodniu. Przy każdym sprzątaniu polerowanie sreber i mycie kryształowych kandelabrów. W dodatku nigdy nie widać, by ktoś jej pomagał. Bree jest tak zabawnie przerysowana, że aż sympatyczna. Nie można nie czuć sympatii do postaci, która jest Panią Domu przez duże “P” i swoim obowiązkom oddaje się całym sercem. Skłamałabym, mówiąc, że chciałabym być taka jak ona, choć też udaje mi się upiec koszyk pachnących ciasteczek i sprawić, że w drewnianych meblach można się przejrzeć. Nie urodziłam się Idealną Panią Domu, ale mam swoje sposoby na to, by wszystko się udawało. Bree, gdyby mieszkała w Polsce, też wiedziałaby co to Paclan.