Z duchami w tle
Bynajmniej nie z tęsknoty za zmierzchem o 15:30 i metrowymi zaspami, z początkiem przedwiośnia sięgnęłam po książkę o zimie przez duże Z. Może nie dosłownie, ale zjawiska pogodowe są tu niejako drugoplanowym bohaterem. Ale po kolei.
Szwedzkie małżeństwo z dwojgiem dzieci, znudzone wielkomiejskim życiem w stolicy, przenosi się na północną Olandię, gdzie kupuje posiadłość nad samym brzegiem morza. Aludden, bo taką nazwę nosi majątek, to XIX-wieczna siedziba latarników, którzy opiekowali się dwiema latarniami morskimi zbudowanymi nieopodal. Katrine i Joakim słyszeli co nieco legend o tym miejscu, ale nie przejęli się specjalnie opowieściami o duchach tych, którzy poświęcili swoje życie dla morza i samego Aludden i z entuzjazmem rozpoczęli renowację wiekowej posiadłości. Sielanka nie trwa długo – Katrine ginie w tajemniczych okolicznościach, a Joakim musi zacząć zmierzać się z czymś więcej, niż jedynie żałobą po stracie żony…
Nocna zamieć Johana Theorina to kryminał, ale, że tak powiem, magiczny. Nie to, żebym wierzyła w duchy i inne nie do końca wiadome zjawiska, ale sugestywne opisy nawiedzonej nadmorskiej posiadłości czy typowych dla Olandii burz śnieżnych tworzą niesamowitą atmosferę. Jeżeli właśnie wprowadziliście się do wiekowej willi na odludziu, może odłóżcie tę lekturę na później?
fot. wyd. Czarne
Szwedzko-chińskie tajemnice
Nie samym domem i pracą człowiek żyje, do tego prostego wniosku doszłam już dawno. Idąc tym tropem, postanowiłam powrócić do zdrowego nawyku spędzania sobotniego popołudnia z książką, a nie z praniem/prasowaniem/myciem czegokolwiek. Wprawdzie czytam codziennie, gdy wszystko jest już zrobione, w okolicach północy, ale przestało mnie bawić obrywanie książką w nos, gdy ja zasypiam, a ona wypada mi z rąk. Zatem w sobotnie popołudnie, gdy śnieg za oknem sypał jak szalony, a ja siedziałam zawinięta w koc z książką kubkiem herbaty, wydało mi się namiastką urlopu.
Uwielbiam wszystko, co skandynawskie, zwłaszcza auta i książki. A jak książki, to przede wszystkim Henniga Mankella. Z żalem przyjęłam do wiadomości zakończenie serii z Kurtem Wallanderem, ale na szczęście Mankell nie zakończył na tym literackiej kariery. Nowa powieść, Chińczyk, to książka typowa dla szwedzkiego autora pod względem klimatu, ale skonstruowana inaczej niż te z cyklu o komisarzu z Ystad. Akcja Chińczyka, choć zaczyna się już w XXI wieku w Szwecji, tak naprawdę sięga o wiele głębiej – do XIX-wiecznych Chin, w których wędrówkę po świecie rozpoczęło trzech braci, a pamiętnik, napisany przez jednego z nich, stał się bodźcem do wspomnianych już dramatycznych wydarzeń w szwedzkiej wiosce w styczniu 2006 roku. Mankell, jak zwykle, nie szczędzi mrocznych opisów miejsca zbrodni, ale nie ma tu nic przerażającego – wszystko jest raczej melancholijne, tradycyjnie osadzone w typowo szwedzkim, surowym krajobrazie. Ale nie tylko. Akcja Chińczyka przenosi się bowiem także do Pekinu i tam staje się nagle bardzo wartka… By nie zdradzić zbyt wiele, powiem krótko: naprawdę warto poznać tę historię.

fot: merlin.pl
…między nożem a widelcem
Morderstwa między nożem a widelcem. Pod tym tytułem znajdziecie książkę zdecydowanie niecodzienną, doskonałą do poczytania nie tylko w kuchni. Zbiór 34 opowiadań kryminalnych z całego świata, zredagowany przez Andreę C. Bush, utrzymany jest w… kulinarnym klimacie. Do każdej z historii dołączono smakowite przepisy na przeróżne dania, od prostych po bardziej skomplikowane, bezpośrednio związane z fabułą danego, soczystego i krwistego, fragmentu. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, więc doskonale nadaje się na popołudniowy relaks. Nie tylko po całodziennych zmaganiach między nożem a widelcem.
A oto smakowity fragment (znaleźć możecie go także w internetowym serwisie Polityki). Swego czasu to właśnie stamtąd dowiedziałam się o istnieniu kryminalno-kulinarnej książki.
Martina Bick Nóż kuchenny
O tym, że Ewald był świnią, wiedziałam już od dawna. W końcu byłam jego żoną przez dwadzieścia cztery lata i znałam go lepiej niż ktokolwiek na świecie, nawet jeśli nasz związek przez ogromną większość tego czasu polegał tylko na głębokiej niechęci, która z czasem zmieniła się wręcz w cielesne obrzydzenie. To, że Ewald uganiał się za naszymi pokojówkami, także nie było dla mnie nowością. Zawsze taki był, odkąd sięgam pamięcią. Już przed tym jak się pobraliśmy, potem podczas naszego miesiąca miodowego, moich ciąż, wtedy kiedy dzieci były małe, a także później jak już trochę podrosły i na to wszystko patrzyły. Po prostu nie był w stanie odpuścić żadnej spódniczce.
Jednak to, że w biały dzień, w naszej wspólnej kuchni, napastował piekącą chleb Teresę, było dla mnie czymś nowym.
Weszłam właśnie do kuchni kiedy ciężko dysząc przyparł ją do kuchennego stołu i ociężale gramolił się na nią, jednak ona – ledwie docierało do mnie to, co się dzieje – chwyciła ostry ciężki nóż kuchenny leżący na stole i wbiła mu w plecy. Odrobina krwi wypłynęła z rany, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mojego blednącego małżonka. Zwalił się jak worek kartofli na podłogę, z obnażonym opadającym członkiem, kierując zdziwione spojrzenie w sufit. Odszedł od nas nie powiedziawszy ostatniego słowa. W sumie piękna śmierć.
Teresa odskoczyła przerażona od stołu kuchennego. Ledwo trzymała się na nogach. Na twarzy wyskoczyły jej rumieńce, nie ze wstydu ale ze strachu i wściekłości na tak ohydną próbę gwałtu. Odzyskawszy poczucie rzeczywistości wyciągnęłam nóż z rany i zapięłam trupowi rozporek. Ciężko się go wyciągało – jakby ze zbyt mocno spieczonej pieczeni wołowej. W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi i usłyszałam jak służący wpuszcza kogoś do środka.
Teresa doprowadziła się szybko do porządku. Ja natomiast wcisnęłam szybko nóż w ciasto na chleb, które Teresa zdążyła jeszcze uformować, zanim mój niecny mąż postanowił skorzystać z jej kształtów. Pasował świetnie. Zrolowałam ciasto jeszcze raz, ponacinałam grzbiet,po czym włożyłam do gorącego pieca, zamknęłam klapę i otworzyłam szeroko tylne drzwi do ogrodu. W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi kuchenne i stanął w nich mój syn, żywy obraz zmarłego. Wchodząc do kuchni prawie potknął się o zwłoki tatusia, odskoczył z przestrachem kiedy zobaczył cienką strużkę krwi, która zdążyła już namalować ciekawy wzorek na białej koszuli dokładnie w tym miejscu, gdzie znajdowała się rana.
- Tata! – krzyknął. – Tato, co z tobą?! – Teresa cofnęła się w głąb kuchni. Podeszłam do syna kryjąc twarz w dłoniach.
- Napad, złodziej, wybiegł do ogrodu, może jeszcze go dogonisz! – Mój dzielny syn wybiegł w mrok. Pół godziny później cały dom roił się od policjantów. Urzędnicy w mundurach przeszukiwali nasz ogród, policjanci w cywilu przesłuchiwali moją rodzinę, pomoc domową, sąsiadów a także przechodniów. Specjaliści z laboratorium zajęli naszą kuchnię i nie pozwolili nikomu wejść, a nawet wyjść. Ledwie zdążyłam wyciągnąć chleb z pieca, zanim było za późno. Trochę już nawet zdążył poczernieć, chociaż to pewnie dlatego, że był większy niż zwykle. Położyłam go na kuchence, żeby ostygł.
Około północy wysłałam Teresę i dzieci do łóżka. Biedaczka skarżyła się na silne bóle głowy i była tak blada, że dałam jej szklankę wina na wzmocnienie. Następnie przyrządziłam delikatną przekąskę dla detektywów i policjantów, którzy siedzieli w salonie, palili, wypijali drogą whisky mojego eksmałżonka i debatowali na temat całego zajścia.
Oczywiście nie znaleziono żadnego pewnego tropu przestępcy, nie mówiąc o narzędziu zbrodni. Na szczęście ogrodnicy, którzy tydzień wcześniej przycinali drzewka owocowe, pozostawili po sobie tyle śladów, że ich dokładne zbadanie zajmie policji co najmniej kilka tygodni. Jeden z sąsiadów twierdził nawet, że widział jak ktoś w pośpiechu przeskakiwał przez żywopłot za naszym domem.
Kiedy nakrywałam do stołu, jedyna kobieta spośród grona policjantów, pani nadkomisarz, bardzo szczupła, wysportowana, z króciutko ostrzyżonymi włosami, zaoferowała mi swoją pomoc. Jak to kobieta. Wysłałam ją do kuchni, żeby przyniosła przygotowane już przeze mnie talerze z przekąskami. Byłam już tym wszystkim zmęczona. No i śmierć małżonka nie była mi przecież obojętna. Wprost przeciwnie. Po prawie dwudziestu pięciu latach najzacieklejszych walk przy użyciu najbardziej intymnych metod, mogłam wreszcie wypatrywać z zadowoleniem spokojnego życia w dobrobycie. Przeciwnik został pokonany i leżał w skromnej cynowej trumnie w kostnicy medycyny sądowej. Byłam wolna.
Pani nadkomisarz wróciła z dużym talerzem przekąsek w jednym ręku i moim świeżo upieczonym chlebem w drugim. – Domowy wypiek – zachwycała się. – Moja mama zawsze piekła chleb. Z ziarnami słonecznika i z siemieniem lnianym lub z rodzynkami. Nie ma nic lepszego. Używa pani mąki grahamskiej? Potrząsnęłam delikatnie głową nie wypowiadając słowa. Po co miałam jej mówić, że kupowałam tylko najtańszą mąkę w supermarkecie i przez te wszystkie lata piekłam chleb tylko ze względu na Ewalda, ponieważ jego matka tak robiła i tego samego wymagał od swojej żony. Smarował jeszcze ciepłą pajdę smalcem, który też musiałam mu sama robić, i posypywał solą na grubość pół centymetra. Poskromiłam w duchu złość i poprosiłam gości do stołu. Panowie z policji kryminalnej rzucili się łapczywie na stojący z boku już pokrojony chleb z pobliskiego sklepu.
- Czy mogłabym ukroić sobie kromkę pani wypieku? – Pani komisarz skierowała w moją stronę pytanie wraz z proszącym spojrzeniem.
- Ależ proszę bardzo – odpowiedziałam. – Przyniosę pani nóż z kuchni.
- Proszę się nie fatygować – odpowiedziała komisarz i próbowała uporać się z chlebem tępym nożem do masła. Bez powodzenia. Nóż omsknął się na twardej skórce i prawie zaciął dłoń pani komisarz.
- Pobiegnę szybko po nóż do kuchni – powiedziałam i opuściłam towarzystwo. W kuchni oparłam się na chwilkę o drzwi, wypowiedziałam w próżnię niemą modlitwę i wróciłam do salonu. – Nóż do chleba zniknął. – Wszystkie twarze zwróciły się w moją stronę. Zdziwienie szybko przerodziło się w podniecenie.
- To z pewnością nóż, którym zabito ofiarę! Kiedy widziała pani nóż po raz ostatni? Jak wygląda? Gdzie go pani kupiła? Czy rozpoznałaby go pani? – Przekrzykiwali się wszyscy.
W międzyczasie pani komisarz poczęstowała się krojonym chlebem z pobliskiego sklepu. Twardy jak kamień bochenek leżał niezauważony, nietknięty, niczym mała skrzynka skarbów w koszyku na chleb. Przysiadłam się cicho do moich gości pogrążonych w debacie na temat rangi znaczenia narzędzia zbrodni, śladów i wypowiedzi świadków, i popijałam spokojnie wino. Położę ten bochenek w spiżarni obok innych starych bochenków, pomyślałam sobie. Będzie leżał tak długo aż stanie się twardy jak kamień. Pewnego dnia może go po prostu wyrzucę. Tak to przecież czasem jest w dużych rodzinach, że chleb się po prostu starzeje.
Ulubione potrawy Ewalda:
Chleb:
600 g mąki pszennej
600 g mąki żytniej
1 łyżeczka soli
pół litra wody
1 kostka drożdży
250 g zaczynu
1 łyżeczka cukru
Mąkę wsypać do dużej miski. W środku zrobić wgłębienie i dodać rozkawałkowane drożdże. Posypać cukrem i wszystko wymieszać dolewając odrobinę wody. Przykryć i zostawić na 15 minut. Dodać sól, zaczyn i resztę wody a następnie ugniatać aż powstanie jednolita nie klejąca się masa. Pozostawić na noc w ciepłym miejscu. Ponownie ugnieść dodając odrobinę mąki i uformować chleb. Pozostawić na godzinę. Piec w temperaturze 200-220 °C, nie krócej niż 40-50 minut.
Smalec ze skwarkami
: 1 kg słoniny, pokrojonej w kostkę
500 g tłuszczu drobiowego (z kaczki)
200 g cebuli, pokrojonej w kostkę
2 jabłka, pokrojone w kostkę
1 łyżeczka majeranku
Na wolnym ogniu rozpuścić tłuszcz ciągle mieszając aż skrawki zabarwią się na złoty kolor. Tuż przed końcem smażenia stopniowo dodawać cebulę i jabłka oraz doprawić majerankiem.

Okładka książki. Fot: www.ksiazka.net.pl